Źle sklejone dno dopiero objawiło swoje wady. Po pierwsze, skleiło się nierówno, po drugie - powstał na sklejeniu zadzior. Przesunięta sklejka wystawała powyżej klejenia – niestety nie mam fotki tego błędu, ale nie ma czym się chwalić. Na tym etapie zastanawiałem się czy nie wywalić tej płyty i nie zrobić całości od nowa. Niestety, totalny brak gotówki spowodował, że postanowiłem jednak poprawić to klejenie. Szlifierka z tarczą z papierem ściernym zadziałała – wybrałem cały fragment który wystawał , a nawet zrobiłem wgłębienie na kilka warstw, które, jak się można było spodziewać oczywiście się nie skleiły... A tak cierpliwie ukosowałem tą sklejkę.
Dno wyjeżdża z zimnego garażu do piwnicy
Jako że w garażu było juz zbyt zimno i nie zdecydowałem się na ponowne klejenie w namiocie z folii pod grzejnikiem – uznałem to za zbyt pracochłonne i niepewne, postanowiłem przetransportować płytę dna do piwnicy w moim bloku, a dokładniej do wózkarni-kotłowni. Tam była temperatura około 24 stopni więc optymalna do laminowania. Przez chwilę nawet myślałem, aby przenieść się z budową własnie tam, ale niestety wejście do piwnicy w naszym bloku miało taki układ, że nie było by szansy wyjąć potem z niej gotowej łodzi. Zalaminowałem wybrany fragment kilkoma warstwami płótna i nadmiar zeszlifowałem. Generalnie wyszło nawet nieźle. Na dziobie dokleiłem cienki fragment paska sklejki i docisnąłem wkrętami z nierdzewki, niwelując przesunięcie osi dzioba. Poprawki uznałem nawet za całkiem udane. Zdecydowałem się też na te poprawki z tego powodu, że montując gródź do dna mniej wiecej w miejscu klejenia płyt będą przechodzily wkręty na wylot, więc nawet gdyby to klejenie nie było idealne powinno się wszystko mocno trzymać.
Fotka obrazująca sklejone dno łódki w piwnicy
Jako że w piwnicy gromadził się od czasu do czasu młody element osiedlowy, przeransportowałem zaklejone dno z powrotem do garażu. Oczywiście zapomniałem napisać, że przeskalowanie projektu o te pół metra zaowocowało oczywiscie koniecznością doklejenia pięcio-centymetrowych pasków sklejki na bokach dna, bo oczywście całe dno na szerokość się nie mieściło na arkuszu sklejki :-(
Podsumowując – jak na razie idzie jak po grudzie, same poprawki... no ale nie poddaję się. Wszystkie te moje manewry z powiększaniem łódki oczywiście konsultowałem z kostruktorem, ktory starał się wybić mi je z głowy, no ale ja byłem mądrzejszy i oczywiście nie słuchałem :-). Do błędu z klejeniem płyt nawet nie przyznałem się – ale o tym sza.... :-)
Ponieważ z garażu do bloku mam spory kawałek, dno jeździło na dachu auta mojego kolegi Marcina.
Po pewnym czasie okazało się, że oparte o ścianę w garażu przez zimę oczywiście wypaczyło się i miałem problem z utrzymaniem kształtu dna względem burt. No ale twardym trzeba być :-) Z powrotem na suszenie do piwnicy – niestety znów problem. Ten pomysł nie wypalił - suszenie przez miesiąc nie spowodowało wyprostowania się... Tylko pety zgaszone w sklejce znajdowałem :-( . Z powrotem do garażu. Wpadłem na inny pomysł :-)
Podczas sklejania odważnikami od sztangi zmusiłem je do leżenia na płasko :-) Przynajmniej się w końcu do czegoś przydała się moja sztanga - :-) Teraz, z perspektywy czasu, każdemu budowniczemu poleciłbym zrobienie nawet prostego stelaża, który by trzymal wszstkie elementy w całości i równych odległościach od siebie podczas sklejania całości. Naprawdę ułatwi to pracę. Nie mniej jednak udało mi się ustawić wszystko w miarę prosto i równo, ale o tym później.
Podczas zimy jako ze musiałem przerwac prace z kadłubem, postanowiłem wykonać takie elementy jak miecz i ster - prace z drewnem wykonywałem w zimnym garażu, natomiast laminowanie wykonałem – prosze się nie śmiać - w mieszkaniu w kuchni :-) Oczywiście zrobiłem to podczas nieobecności małożonki :-) Szlifowanie odbyło się jednak już ponownie w garażu.
Dla sceptyków mała podróż w czasie... Zobaczcie finalny efekt

