1 grudnia 2009 roku Natasza Caban zakończyła swój przeszło dwuletni, etapowy rejs dookoła świata. Nie uważa, że jest profesjonalistą a raczej żeglarką-amatorem, która wciąż się uczy. Nie boi się przyznać do popełnianych błędów. Przepłynęła samotnie około 26 tysięcy Mil na 10-metrowym jachcie Sparkman&Stephens 34. Nie płynęła w celu bicia rekordu, chciała doskonalić swoje umiejętności żeglarskie i zwiedzać świat. W trakcie rejsu współorganizowała dwie akcje charytatywne z fundacją "Mimo Wszystko" Anny Dymnej. Od marzenia o rejsie do jego realizacji upłynęło osiem lat...
Piotr Salecki: Nie zacznę od pytania, skąd pomysł rejsu, jak narodziła się idea i tak dalej, bo pewnie pytano Cię o to tysiące razy a poza tym to będzie wywiad dla portalu żeglarskiego i dla żeglarzy… O ciekawym i długim rejsie, w takiej czy innej formie marzy każdy z nas. Więc pytanie zacznę od samych przygotowań. Jak to było, w pewnym momencie pomyślałaś: „płynę samotnie w etapowy rejs dookoła świata”? I ile czasu upłynęło od samej myśli do jej praktycznej realizacji?
Natasza Caban: Marzenie zrodziło się w mojej pięknej rodzinnej Ustce, to na pewno. Pierwsza żeglować zaczęła moja siostra i to za jej przykładem zaczęłam. Od samej myśli do realizacji minęło aż osiem lat. Uważam za jeden z moich największych sukcesów życiowych, że się nie poddałam, iż mimo olbrzymich kłopotów i trudności i udało się.
Nie wiem czy słyszałaś o historii 14-letniej Laury Dern, której nie pozwolono płynąć samotnie ze względu na wiek, a ostatnio uciekła z domu na Karaiby… A jak to wyglądało w Twoim przypadku – miałaś wsparcie rodziny?
Wsparcie miałam zawsze i mam do tej pory. Mama bardzo się denerwuje i martwi, gdy jestem na morzu. Bardzo pomagała mi moja siostra, a także przyjaciele, którzy czasami pewnie mieli mnie dosyć, gdyż od pewnego momentu byłam bardzo monotematyczna… Żagle, żeglarstwo, rejs… Wszystkim im bardzo dziękuję za pomoc!
Twoje żeglarskie początki są klasyczne – obóz żeglarski, pierwsze rejsy śródlądowe i morskie w charakterze członka załogi… Większość żeglarzy na tym poprzestaje, ewentualnie uzyskując dalsze kwalifikacje. Ale Ty potem zaczęłaś pracować w stoczni żeglarskiej, zajęłaś się zawodowo przeprowadzaniem jachtów. Myślałaś już wtedy, że chcesz zawodowo związać się z żeglarstwem, że to ma być sposób na życie? Wiem że początki, pierwszy wyjazd nie były zbyt udany…
Tak, rzeczywiście oprócz żeglowania pracowałam też w zawodach z tym związanych. Natomiast nie powiedziałabym „zawodowego żeglarstwa”. W moim odczuciu zawodostwo to jest czysty profesjonalizm a ja się żeglować uczę i pewnie jeszcze długo będę się uczyła... Pierwszy raz wyjechałam za granicę bo usłyszałam, że ktoś gdzieś tam potrzebuje załogi, pojechałam stopem i niestety jak to życiu, raz się udaje, czasami nie. Ale nie poddałam się… Potem mieszkałam jakiś czas we Francji, co weekend jeździłam sporo kilometrów nad morze, by pożeglować...
Próbuję sobie wyobrazić te początki… Tak po prostu przyjeżdżasz do jakiegoś portu za granicą, wchodzisz i mówisz, że chcesz pracować przy naprawie jachtów albo być członkiem załogi jakiegoś jachtu…
Tak, dokładnie tak! Trzeba próbować nie bać się niepowodzenia, jeśli nie udało się w jednym miejscu, próbować w następnym… Obecnie czasy się nieco zmieniły, natomiast gdy ja zaczynałam, było to 13 lat temu, to tak właśnie to wyglądało… Trochę szczęścia też się przydaje, trzeba być po prostu w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie… Zawsze jest gdzieś na świecie miejsce gdzie jest żeglarski sezon, gdzie świeci słońce, gdzie są regaty. Największa z reguły trudność to tam się dostać, najczęściej dolecieć samolotem. Kiedyś wyglądało to w ten sposób że chodził sobie kapitan po kei i tyle i ile miał wyciągniętych palców, tyle załogi potrzebował. A jeśli nie było regat, to okazywało się że na sąsiedniej kei stoi jacht który płynie w długi rejs i akurat potrzebują jednej osoby do załogi… Teraz czasy się troszeczkę zmieniły, są agencje, które znajdują załogi, ale można próbować. Wystarczy chcieć.
Wzięłaś też udział w słynnych regatach Sydney-Hobart. Chyba nie każdy ot, tak po prostu, zostaje przyjęty do załogi jachtu startującego w takich regatach?
Rzeczywiście, to się nieco zmieniło, zwłaszcza po tragicznych regatach Sydney-Hobart w 1999 roku… Zmieniono przepisy, teraz wymagania są bardzo duże. Ja miałam szczęście, ktoś mnie zaprosił do załogi, więc poleciałam.
Więc w Australii nie było już tej niepewności i poszukiwań na kei, prób dostania się do załogi?
To nie było takie proste. Pierwszy raz o tych regatach usłyszałam w 1998 roku, gdy byłam w Szczyrku. Latałam na paralotni i pomyślałam sobie, że chcę w tych regatach kiedyś popłynąć. Wtedy dużo jachtów miało awarie, było o tym głośno w mediach.
Zanim popłynęłam w tych regatach, najpierw brałam udział w przygotowaniach jachtów do tych regat. Potem przeprowadzałam też (będąc członkiem załogi) jeden z jachtów po regatach "w odwrotną stronę", z Hobart do Sydney. Miało to zresztą nieco dramatyczny przebieg, nasz jacht stracił maszt, byliśmy z niego ewakuowani helikopterem. Wreszcie, w 2002 roku popłynęłam w tych regatach, będąc już zaproszona do międzynarodowej załogi jachtu „Dreamland”. Zajęliśmy 5 miejsce.
Pomówmy teraz o Twoim rejsie. Skąd pomysł na tak ambitną trasę za pierwszym razem? Nie obawiałaś się, że może to być skok na zbyt „głęboką” wodę?
Lubię wyzwania. Przewrotnie zapytam: a dlaczego nie? Poza tym, jestem leniwym żeglarzem, pod wiatr i pod prąd to by mi się nie chciało, a z wiatrem, tam gdzie jest pięknie, słonecznie to bardzo chętnie… Trasę wybrałam taką, która pozwoliłaby mi na zwiedzenie świata i doskonalenie moich umiejętności żeglarskich nie w jakichś ekstremalnych bardzo warunkach, przynajmniej nie zawsze…
Solidny jacht to podstawa każdego rejsu. Jaki był ten, na którym płynęłaś? Opowiedz coś więcej o klasie jachtu, takielunku, ożaglowaniu …
To jacht klasy Sparkman and Stephens 34. Nazywa się „Tanasza Polska Ustka”. Ma 34 stopy, czyli 10,23 metra długości, 3,08 metra szerokości i zanurzenie 1,83 m. Żagle grot i genua mają łączną powierzchnię 60 metrów kwadratowych. Jest to bardzo solidny i dobrze zbudowany jacht, według „starej szkoły” szkutniczej, kiedy nie liczyło się tak bardzo piękno, jak wytrzymałość jachtu. Co ciekawe, osiem lat temu płynęłam dokładnie tym samym jachtem, przeprowadzając go na Hawaje w ramach pracy.
Sparkman&Stephens 34 był i jest używany przez wielu żeglarzy-samotników do długich rejsów. Na jachcie tej klasy John Sanders opłynął podwójnie ziemię solo non-stop, a obecnie na takim jachcie płynie 16-letnia Jessica Simpson, która jesienią 2009 roku rozpoczęła samotny rejs dookoła świata.
Miałam do dyspozycji cztery żagle: dwie genuy i dwa groty, których mogłam używać na zmianę. Genua była klasycznie rolowana na sztagu, natomiast grot był stawiany i refowany klasycznie, bez żadnych „patentów”.
Wyposażenie nawigacyjne i ratunkowe? Co było, czego brakowało?
Myślę że miałam wszystko, co niezbędne na rejsie, zostało to zakupione przeważnie dzięki sponsorom. Nie miałam na przykład wiatromierza. Wyposażenie ratunkowe to tratwa, epirb, telefon satelitarny – jeśli można go zaliczyć do wyposażenia ratunkowego…
Jakie zasady przyjęłaś przy poruszaniu się na jachcie? Zawsze w szelkach i kamizelce, czy bardziej swobodnie, szczególnie przy ładnej pogodzie?
Zasada jest prosta, żeby zawsze się przypinać, natomiast ja nie znam żadnego samotnego żeglarza, który zawsze i wszędzie się na pokładzie przypina. Dając przykład moim następczyniom i następcom, powinnam powiedzieć, że należy się przypinać. Chciałabym powiedzieć, że zawsze się przypinałam, ale nie jest to prawda. Czasami potrzeba szybkiej reakcji nie dawała nawet na to czasu. Starałam się nie popadać w rutynę i nie czuć zbytnio swobodnie, zwłaszcza przy ładnej pogodzie. Często spałam na pokładzie – wtedy prawie zawsze się przypinałam szelkami. Były też takie dni, kiedy szelki sobie wisiały a ja ufałam Neptunowi i sobie…
A kąpiele w morzu?
Nie, nie. Ja się strasznie boję wody, tak naprawdę nie wchodzę do wody...
Ale umiesz pływać?
Wydaje mi się, że żeglarzowi nie przeszkadza, jak nie potrafi pływać, bo wówczas tak dba o jednostkę, by się do tej wody nie dostać…
Czy to jest odpowiedź?
To jest moja odpowiedź na ten temat (śmiech).
Sprawy siłowe, czyli te które wymagają tak zwanej brutalnej „męskiej” siły. Nie zawsze kabestany czy wciągarki wystarczają. Jak sobie z tym radziłaś?
Nie miałam wyciągarki kotwicznej. Jak wyciągałam kotwicę, było to na pewno słychać na całym kotwicowisku… Radziłam sobie, bo musiałam. Czasami było ciężko, bardzo ciężko, zwłaszcza gdy byłam zmęczona… Natomiast uważam również, że jeśli coś robimy ciężko na jachcie, to robimy to po prostu w zły sposób.
Jak w praktyce wyglądało prowadzenie jachtu, twój typowy dzień, przygotowywanie posiłków, sen…
Jeśli chodzi o sen, to uważam, iż jest to jeden z największych luksusów samotnego żeglarza, na który nie zawsze może sobie samotnik pozwolić. Dlatego spałam zawsze wtedy, kiedy tylko mogłam, czasem zmuszając się do wypoczynku, bo nigdy nie wiedziałam, kiedy kolejny raz będę mogła zmrużyć oko… Sen na ogół wyglądał w ten sposób, że co 15-20 minut rozglądałam się dookoła… Jeśli chodzi o kucharzenie, to odsyłam do mojego opowiadania w książce „Opowieści wiatru i morza”… W każdym razie zwykle wyglądało to masakrycznie. Jestem minimalistką, jeśli chodzi o gotowanie, zawsze się coś wtedy działo – albo się oparzyłam, albo coś wybuchło…
Kuchenka była spirytusowa?
Tak, na alkohol, bardzo dobra, polecam. Natomiast cieszę się, jak jestem w porcie i nie muszę nic sobie przyrządzać (śmiech).
Dziewczyny na jachcie zwykle narzekają na brak dostatecznej ilości ciepłej wody. Jak sobie z tym radziłaś?
Nikomu nie marudziłam, bo nie miałam komu marudzić. Tanaszka nie ma prysznica, w związku z tym moje kąpiele były w słonej wodzie, jeśli miałam wystarczającą ilość słodkiej wody używałam jej na końcu aby się opłukać. A poza tym, moje etapy nie były tak strasznie długie, więc zwykle wkrótce czekał na mnie długi prysznic na lądzie...
Czy na jacht zabrałaś gitarę? Pytam nie bez powodu, bo muzyka po żeglarstwie jest podobno Twoją największą pasją?
Może nie największą, ale jedną z wielu. Rzeczywiście, podczas rejsu przez pokład jachtu przewinęły się aż trzy gitary. Pierwsza, niestety rozkleiła się bo nie miałam pokrowca. I wówczas Yamaha dostarczyła mi nową gitarę w pięknym pokrowcu. A moja stara gitara powędrowała w Kapsztadzie do rąk pewnego chłopca, który od dawna marzył o gitarze. Razem ją naprawiliśmy. Kolejną gitarę dostałam pod koniec rejsu, na Markizach, od żeglarzy z Ukrainy, którzy stwierdzili, iż z pewnością przekażę ją w dobre ręce. Otrzymała ją dziewczynka, mniejsza od gitary, która zawsze marzyła o takim instrumencie, jej rodzice opowiadali mi iż śpi z tą gitarą w łóżku, przytula ją…
Czy w trakcie rejsu słuchałaś muzyki z płyt? Jaki jest Twój ulubiony wykonawca?
Muzyki słuchałam bardzo często. Lubię bardzo różnorodną muzykę, a jeśli musze wymienić to lubię np. płyty Justyny Steczkowskiej i zespołu Kayanis.
Wiem że jesteś przeciwniczką picia alkoholu w trakcie żeglowania. I bardzo dobrze. A jaki jest wobec tego Twój ulubiony drink, który pijesz na lądzie?
Do niedawna była to pinacolada. Okazało się jednak, że mam alergię na ananasa i mogło się to źle skończyć. Dostałam zatrucia pokarmowego... W tej chwili przypadł mi do gustu My Tai - hawajski drink rumowy. Natomiast generalnie bardzo mało piję alkoholu a moim ulubionym napojem jest mleko.
Strach, taki zwykły ludzki. Czy to uczucie towarzyszyło Ci podczas rejsu?
To było częste uczucie, nie powiem że zawsze obecne, ale często. Uważam, że to nie pozwala popaść w rutynę i popełniać błędy, trzyma w pewnym napięciu i motywuje. Natomiast nie można dać się temu strachowi sparaliżować. Najczęściej bałam się nie o życie, nie o siebie a o sam jacht. Że coś nawali i nie będę umiała tego naprawić, że pęknie takielunek i stracę maszt…
Jak oceniasz i podsumowujesz swój rejs? Czy był spokojny, czy też zdarzyły się jakieś sytuacje ekstremalne, sztormy, przecieki, niebezpieczeństwo zderzenia?
W rejsie wydarzyło się bardzo wiele, ale raczej nie były to sytuacje ekstremalne. Nieprzyjemną chwilę przeżyłam po jednej ze sztormowych nocy, gdy padałam ze zmęczenia, stanęłam w dryfie i już przykładałam głowę do poduszki, gdy postanowiłam jeszcze wyjść się rozejrzeć na pokład. Świtało, to było zaraz po wschodzie słońca. Zauważyłam płynący prosto na mnie obiekt, jak się później okazało był to dryfujący kuter rybacki bez załogi. Na szczęście silnik nie zawiódł… Dodam jeszcze, że w nocy wymieniałam jeszcze pasek klinowy… Tyle wody dookoła i oczywiście musiał trafić na mnie. Ale na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie…
Wspominałaś o sztormowej pogodzie. Czy w trakcie rejsu były jakieś bardzo silne sztormy, wiatr, fala?
Ja bym powiedziała, że pogoda była w miarę dobra, nie mogę narzekać. Po łapach dostałam płynąc wzdłuż Afryki Południowej na odcinku tzw. „Dzikiego Wybrzeża” za Durbanem. Natomiast przedostatnia noc w całym rejsie była bardzo ciężka. Na tyle ciężka, że się modliłam. To było w jednym z przesmyków pomiędzy wyspami hawajskimi. Spychało mnie na ląd, fale były przeogromne, jak się później dowiedziałam, nie notowano większych od pięciu lat. Czułam się jak w „czarnej dziurze”. Ale udało się, widocznie jakoś tam się dogadujemy z Neptunem.
W ostatnim czasie wielu żeglarzy opowiadało o dziwnych łodziach rybackich które płynęły w ich kierunku… Miałaś jakieś spotkanie z piratami?
Rzeczywiście, przepływałam przez regiony, w których mówi się o pladze piractwa. W okolicy Papui Nowej Gwinei podpłynął do mnie statek, wyłączył światła… Wzięłam przykład z innych żeglarzy, których książki czytałam i udawałam, że na pokładzie jest pełna załoga…
W jaki sposób?
Wywoływałam ich przez radio męskim głosem, włączyłam muzykę, wystawiałam ręce przez bulaj, po czym pojawiałam się w zejściówce…. Byli bardzo blisko, na szczęście w końcu odpłynęli. Natomiast dowiedziałam się później, że w tym rejonie zaginęło pięć osób…
Można powiedzieć, że dopisało Ci szczęście. Czy myślisz, że szczęście Ci pomagało na różnych etapach Twojego żeglarskiego życia?
Szczęście zawsze się przydaje, tym bardziej na morzu. Ale uważam że na szczęście trzeba sobie też trochę zapracować, szczęściu trzeba pomóc.
A uroda? Pomogła Ci?
(śmiech) Na pewno nie zaszkodziła. Natomiast w relacjach z mężczyznami zawsze stawiałam sprawę jasno. Pomogłeś mi, jestem Ci bardzo wdzięczna, płacę czy stawiam piwo w barze i koniec.
Mówiłaś w jednym z wywiadów, że cumowałaś w miejscu, w którym aż roiło się wyskakujących z wody aligatorów… To mnie zaciekawiło… Opowiedz po tym…
Rzeczywiście, jest takie miejsce na północy Australii. Można tam pojechać i zobaczyć jak aligatory są tam karmione, ewentualnie można stracić tam życie. Natomiast to nie było tak, że wyskakiwały przy burcie… Przechodząc przez Cieśninę Torresa można spodziewać się wszelkich stworzeń, które mogą pozbawić Cię życia. Nawiązując do Twojego pytania o strach, bałam się wtedy strasznie, że kotwica może mi się o coś zahaczyć i będę zmuszona wejść do wody…
Anna Dymna i fundacja „Mimo Wszystko”. Opowiedz o tym, skąd wziął się pomysł na współpracę z jej fundacją i pomoc osobom niepełnosprawnym…
Zawsze chciałam połączyć moje szczęście, spełnianie swoich marzeń z pomocą dla innych. W Fundacji trafiłam na osoby otwarte na współpracę, pani Ania po prostu mi uwierzyła.
Jak to wyglądało w praktyce?
Podopieczni Fundacji przylatywali w miejsce mojego postoju z wykwalifikowanym opiekunem, będącym jednocześnie żeglarzem. W trakcie pobytu oprócz żeglowania organizowaliśmy im mnóstwo lądowych atrakcji. To było spełnienie ich marzeń. Fundacja nie wspomagała mnie w żaden sposób finansowo, sama musiałam znaleźć sponsorów i źródeł sfinansowania tej akcji…
Mówisz o tym z dużym zaangażowaniem. Czy to znaczy, że zamierzasz współpracę z Fundacją kontynuować, wreszcie czy myślisz o realizacji jakichś swoich planów z tym związanych?
Planów mam rzeczywiście bardzo dużo, ale nie ma sensu mówić w tej chwili o szczegółach, bo nie wiadomo, ile uda się zrealizować. Mam dużo różnych propozycji, możliwości, chcę wszystko przemyśleć i wtedy podejmę decyzje…
Mówisz o zbieraniu środków na akcję charytatywną. Ale żeby zrealizować sam rejs, również potrzebni byli sponsorzy. Jak Ci się udało ich zdobyć?
W ciągu ośmiu lat przygotowań do tego rejsu poznałam mnóstwo ludzi, odbyłam setki rozmów, do znudzenia opowiadałam o rejsie i o swoich planach. Miałam szczęście trafić na ludzi z pasją, którzy podchwycili mój entuzjazm i mi pomogli. Bardzo im za to dziękuję.
Ale początek rejsu wcale nie był optymistyczny... Główny sponsor nagle przestał nim być…
Rzeczywiście, w dodatku zbliżał się sezon huraganów, czas mnie gonił, musiałam wypływać. W dodatku ledwo chodziłam, miałam poważnie nadwerężoną nogę. Porwane ścięgna, spadłam z masztu... Wtedy dopisało mi właśnie szczęście, o którym mówiliśmy i udało mi się znaleźć sponsorów-pasjonatów żeglarstwa. Na swojej drodze spotkałam naprawdę wielu fantastycznych ludzi, którzy mi pomogli – czy to finansowo, czy swoją bezinteresowną pracą na rzecz jachtu… To była również ciężka praca w miejscu, gdzie nie wiedziałam co, gdzie, jak i kiedy. Chciałam im bardzo podziękować - przede wszystkim firmom: Inter Pro, Medivet, Krajowy Rejestr Długów, Miasto Ustka, West Marine, World Discount Telecommunications, Wodociągi Słupsk, Bank Spółdzielczy Ustka, Papua New Gwinea Dockyard, Yamaha Szkoła Muzyczna i wiele innych...
Jacht był własnością sponsora? Jakie są teraz plany wobec jachtu?
Właścicielem jachtu jest Krzysztof Kamiński z Chicago. Tanaszka stoi obecnie na Hawajach i jest przygotowywana do sprzedaży. Natomiast strasznie zależy nam, i właścicielowi i mnie, by Tanasza dostała się w polskie ręce, by pływała pod polską banderą. Ja najchętniej widziałabym Tanaszę w usteckim porcie, żeglującą z dziećmi z Ustki i okolic…
Ostatnio kontrowersje wzbudził rejs innej polskiej samotniczki, Joasi Pajkowskiej, prezentowany jako solo non-stop dookoła świata. Kapitan Baranowski napisał o „mantryzacji” żeglarskiego obyczaju i stwierdził, iż według przyjętych w żeglarstwie norm nie był to rejs dookoła świata, bo „pętla” nie została zamknięta, padały pytania o zacumowanie w jednym z portów. Czy to tylko polskie piekiełko, zazdrość i zawiść, czy te uwagi są uzasadnione? W odpowiedzi kapitanowi Baranowskiemu Joanna Pajkowska opublikowała list otwarty, który zamieściliśmy w MyŻeglarze. Powiedz jakie jest Twoje zdanie na ten temat…
Przede wszystkim gratuluję kapitan Pajkowskiej wspaniałego wyczynu, gratuluję opłynięcia… gratuluję rejsu. Listu otwartego nie czytałam, natomiast myślę, że tutaj nie ma żadnych spekulacji. Reguły opłynięcia świata są jasne, ściśle określone i można je sprawdzić na stronie uznanej przez żeglarzy międzynarodowej organizacji zajmującej się klasyfikacją różnego rodzaju żeglarskich wyczynów [WSSRC – World Sailing Speed Record Council – http://www.sailspeedrecords.com]
A jaki wobec tego był Twój rejs? Nie chodzi mi o to, by poddawać go na siłę jakiejś klasyfikacji, ale był to etapowy rejs samotny dookoła świata. W trakcie rejsu były liczne przerwy, także dłuższe, w trakcie których nawet wracałaś do Polski. W trakcie tych przerw były także pływania z innymi osobami na pokładzie… Czy na podstawie wcześniejszego pytania nie obawiasz się, że i w Twoim przypadku odezwą się takie głosy – że wcale nie był to „klasyczny” etapowy rejs dookoła świata, że przerwy były zbyt długie, że to tylko szereg krótszych rejsów i tak dalej, i tak dalej…
To był rejs dla mnie, wymarzony, zrealizowałam go, tak jak chciałam. Robię swoje, a jaki był – niech to oceniają inni. Dla mnie o wiele ważniejsze były sprawy związane z akcją charytatywną a nie jakiekolwiek rekordy czy klasyfikacje. Poza tym była to dla mnie olbrzymia frajda i radość z poznawania świata. Teraz zdaję sobie sprawę, jak ogromny błąd bym popełniła, decydując się na rejs non-stop. Mam w pamięci piękne chwile, emocje i niezwykłe wspomnienia z miejsc, które odwiedziłam na trasie, fantastycznych ludzi, których poznałam. Żałuję, że byłam w tak niewielu miejscach i chciałabym, żeby ten rejs trwał jeszcze dłużej.
Miałaś okazję zostać najmłodszą Polką, która opłynęła świat…
Zamiast pędzić naprzód – choćby po to, by zostać najmłodszą Polką, która opłynęła świat – wolałam ten świat zwiedzać. Rekordy były i będą pobite. To nie są czasy mojego guru – Leonida Teligi czy Teresy Remiszewskiej. Ich wyprawy były rzeczywiście pionierskie, wyjątkowe. W ogóle wtedy żeglowanie wyglądało inaczej. Teraz ziemię opływa się już dwa razy dookoła non-stop, są rejsy wokółziemskie z jednym postojem, z dwoma, trzema… Mnie to nie pociąga ani nie imponuje. Mogę się na przykład ogłosić pierwszą Polką o długich czarnych włosach która opłynęła świat i co z tego? (śmiech).
Zaczynam odnosić wrażenie, że polskie żeglarstwo oceaniczne, a już z pewnością samotnicze, zostało ostatnimi czasy zdominowane przez kobiety…
Bardzo się cieszę, że tak się dzieje, było to zresztą jedną z myśli przewodnich mojego rejsu… Pokazałam, że można i mam nadzieję że znajdzie się jeszcze wiele naśladowczyń.
Preferujesz więc zdecydowanie żeglugę turystyczną, rekreacyjną zamiast regatowej. Nie myślisz o starcie w MiniTransat czy OSTAR?
Myślę że jestem jedną z bardziej „wyluzowanych” żeglarek na punkcie regat. Czasami mi się oczywiście zdarza być w załodze na jakichś ciekawych regatach… Ale ja nie uważam się za zawodowego żeglarza, profesjonalistę… Niech robią to lepsi ode mnie, Ci, którzy są pasjonatami regat, którzy tym żyją… Ja staram się robić swoje…
Wspomniałaś kiedyś, że jednym z najpiękniejszych miejsc, w których cumowałaś, był archipelag Fernando de Noronha w pobliżu Brazylii. Ja również miałem okazję tam być i Twoje zachwyty w pełni podzielam. Opowiedz o tym, które najbardziej utkwiło w Twojej pamięci?
Każde miejsce było inne, każde było specyficzne. Jeśli mam wymieniać, to opowiem może o Wyspach Kokosowych. Jest tam rzeczywiście tak, jak sobie wyobrażałam, czytając książkę o Robinsonie Cruzoe. Są tam na przykład niezamieszkane wyspy, na których ciągną się przepiękne plaże ze złotym piaskiem, no i oczywiście palmy kokosowe.
A miejsca z których chciałaś jak najszybciej uciec, odpłynąć? Były takie?
Nie, zdecydowanie nie było takich miejsc. Zawsze odpływając miałam poczucie, że byłam zbyt krótko, zobaczyłam zbyt mało… Poza tym podczas postojów sporo czasu poświęcałam na przygotowanie jachtu do kolejnego etapu, więc tego czasu zawsze było za mało…
W domu czeka rodzina, siostra która również żegluje, czy jest Ten Jedyny? Uchyl rąbka tajemnicy, opowiedz o nim coś więcej. Czy jego pasją również jest żeglarstwo?
Siostra jest zdecydowanie lepszym żeglarzem ode mnie… Natomiast „ten jedyny” jest żeglarzem, ale ma również inne pasje…
Czy myślisz o założeniu własnej firmy żeglarskiej?
Nie, raczej nie, nie wiem czy się do tego nadaję. Natomiast chętnie pomogę, podejmę współpracę z osobami które takie firmy zakładają, względnie już je mają.
Czy masz zamiar napisać książkę o swoim żeglowaniu lub o ostatnim rejsie?
Hm, jeśli taka książka zacznie powstawać, na pewno będziesz jednym z pierwszych, którzy się o tym dowiedzą. Myślę, że jest wiele rzeczy o których chciałabym opowiedzieć, przede wszystkim o ludziach, których spotkałam po drodze… Bo uważam, niestety, książki żeglarskie za najnudniejsze w świecie…
Wspaniały rejs masz już za sobą, co dalej? Jakie są Twoje plany związane z żeglarstwem – te na najbliższy rok…
Bliskie to przede wszystkim wyspać się, odpocząć, spędzić czas z rodziną, z przyjaciółmi. W planach są także różnego rodzaju spotkania w całej Polsce, na których będę opowiadać o rejsie, namawiać wszystkich do realizowania marzeń, bo uważam iż marzenia się spełniają, jeśli tego naprawdę chcemy... A plany żeglarskie - mam różne pomysły, ale trudno w tej chwili o tym mówić.
Ustka jest portem, ale nie ma mariny takiej, jak na przykład Łeba. Czy w ślad za sukcesem Twojego rejsu, który miasto Ustka na pewno wykorzysta do promocji, widzisz inicjatywę czy plan stworzenia w Ustce żeglarskiego portu?
Mam nadzieję że tak, ale za wcześnie jeszcze aby mówić o szczegółach.
Powiedz, jakie błędy popełniłaś w trakcie rejsu, co zrobiłabyś inaczej. Może to nieco nietaktowne pytanie…
Nie jest to pytanie nietaktowne, dlatego że na błędach nabieramy doświadczenia a doświadczeniami warto się dzielić. Myślę że błędów popełniałam dużo, na szczęście jacht mi to wybaczał. Błędem było na pewno to, że często zamiast iść utartą trasą, polecaną w przewodnikach czy locjach wybierałam „swoją” drogę a tam spotykał mnie niespodziewany przeciwny prąd, który spychał mnie na brzeg… Błędem było, że nie naprawiłam pewnego elementu rolera (z braku czasu i pieniędzy) na początku rejsu. Nie mogłam z tego powodu przez pewien czas refować genuy, co mogło być niebezpieczne. To był poważny błąd, bo jacht do rejsu trzeba przygotować naprawdę dobrze. Czasami popełniałam też większe czy mniejsze błędy w samej żegludze, ze zmęczenia. Potem się sama z siebie śmiałam…
Prowadziłaś blog, który zyskał wielu stałych czytelników. Czy będziesz w nim nadal pisać teraz, po zakończeniu rejsu?
Rzeczywiście, odzew osób, które czytają mój blog jest duży. Jest to miłe, tym bardziej iż uważam że pisanie nie jest moją najlepszą stroną…
Podpowiedz mi, jakiego pytania nie zadałem, a na które chciałabyś odpowiedzieć...
Co myślisz o samotnym żeglowaniu?
A więc, co myślisz o samotnym żeglowaniu?
Bardzo mi się podoba, odpowiada mi osobiście, natomiast uważam że jest to zbędne ryzykowanie życia, tym bardziej iż czasy naprawdę samotnych żeglarzy, którzy opływali świat bez gpsu, telefonu satelitarnego, z dala od rodziny, naprawdę samotnych – już minęły. Myślę, że tak naprawdę dzisiaj samotnych żeglarzy już nie ma.
Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę wielu wspaniałych rejsów.
Bardzo dziękuję.


