Mirek Bielecki jest bosmanem na odbudowywanym przez Miasto Gdańsk żaglowcu Generał Zaruski. Wie o nim prawie wszystko, jest stale obecny podczas prac remontowych, a w przyszłości będzie na nim pływać.
Piotr Salecki: Jak się zostaje bosmanem na Zaruskim?
Mirosław Bielecki: Akurat przeszedłem na emeryturę. Żegluję od dziecka, na żagle zaciągnął mnie kolega. Mam patent kapitana jachtowego i motorowodnego. Wychowywałem się jeszcze w epoce, gdy jachty były przeważnie z drewna, więc mam o tym jakieś pojęcie. Ponieważ z wykształcenia jestem mechanikiem, pomyśłałem sobie, że wszystkie te cechy przydadzą się na Zaruskim, a zwłaszcza podczas jego remontu. Tym bardziej, że na Zaruskim obowiązki bosmana i mechanika pełni ta sama osoba. Doszło do rozmowy... no i zostałem bosmanem.
Bosman na żaglowcu to postać obrośnięta legendą, podziwiana przez innych. Często spotykana w anegdocie, w piosence. Ale mnie się również kojarzy z osobą, która potrafi zrobić wiele rzeczy już w żeglarstwie zapomnianych - szplajsy na linach stalowych, naprawy drewnianych elementów kadłuba czy olinowania, różne prace właśnie „bosmańskie”.
Bosman w dzisiejszych czasach to raczej ktoś w rodzaju „opiekuna” żaglowca. Osoba, która zajmuje się również robotą „papierkową” - atestacje, legalizacje wyposażenia, sprawy formalne. Ale też oczywiście również prowadzi czy organizuje prace naprawcze - bo nie wszystko można przecież zrobić samodzielnie. Generalnie pilnuje, aby jednostka była przez cały czas w dobrym stanie technicznym. Jak już wspomniałem na Zaruskim fukcja bosmana jest połączona ze stanowiskiem mechanika - na mojej głowie jest więc również siłownia, elektryka. W czasie rejsów, szczególnie z młodzieżą, rolą bosmana jest także odpowiednie szkolenie, przekazanie pewnej wiedzy. Uczestników też można pewnych rzeczy nauczyć, może niekoniecznie szplajsowania stalowej liny „osiemnastki”... (śmiech). Pokazać im, że wiele rzeczy, które na początku mogą się wydawać „wiedzą tajemną” w rezultacie jest proste, tylko ktoś to musi pokazać...
Można powiedzieć, że w zasadzie bosman zna lepiej żaglowiec od jego kapitana...
Zwykle tak, bo to bosman zagląda we wszystkie zakamarki, musi znać jacht „od podszewki”. Znajomość jachtu daje też stałe, bieżące zajmowanie się wszelkimi naprawami lub ich nadzorowaniem. Ja uważam bosmana za „prawą rękę” kapitana, od tej części technicznej i w ogóle, zwłaszcza na mniejszych żaglowcach.
Pływałeś wcześniej na żaglowcach?
Nie, największe jachty miały około 46 stóp, ale Zaruski to nie Dar Młodzieży, więc nie jest to „skok na głęboką wodę”...
Zaruski jest żaglowcem przechodzącym bardzo poważny remont, można nawet powiedzieć, że odbudowę. Co cię najbardziej zaskoczyło?
Trzeba zacząć od tego, że to nie jest klasyczny żaglowiec. Był zbudowany jako żaglowiec towarowy, jakich wiele było budowanych w latach przedwojennnych. Stąd, z racji miejsca budowy, tradycyjne dla Skandynawii rozwiązania konstrukcyjne. Bardziej patrzono wtedy na solidność wykonania i walory praktyczne, estetyka była mniej ważna. Maksymalna prostota. Co się dało uprościć, zostało uproszczone. Czasami z tego powodu musimy wprowadzać drobne zmiany przy odbudowie.
Jakie?
Nie jesteśmy na przykład w stanie pozyskać bardzo dużych litych kloców dębiny, z tego powodu musieliśmy wprowadzić klejenie materiałów. Druga sprawa, to kwestia stateczności. Zaruski był zbudowany jako „miękki” jacht, oryginalne wykresy stateczności powodują wręcz obawy. Nie spełniały aktualnych kryteriów Polskiego Rejestru Statków, dlatego musimy wprowadzić pewne zmiany - nie w wyglądzie jednostki, a poprzez zmniejszenie masy. Tak, by jednostka mogła swobodnie żeglować po Bałtyku. Wygląd zmieni się o tyle, że zostanie przywrócony ten historyczny, przedwojenny. Bo gdy Zaruski przypłynął po II Wojnie Światowej do Polski, w trakcie remontu powiększono mu i mocno przeszklono nadbudówki, kambuz... W tej chwili wracamy do rozwiązań pierwotnych.
Większe zmiany będą wewnątrz, ponieważ oryginalnie dużo miejsca zajmowała siłownia - obecnie nowy silnik zajmie dużo mniej miejsca, będzie schowany pod podłogą i siłowni w ogóle nie będzie jako oddzielnego pomieszczenia. Nie udało się natrafić na żaden dokument mówiący o tym, jak wnętrze miało wyglądać według polskiego zamówienia. Bo z powodu wybuchu wojny jacht wykończyła szwedzka marynarka wojenna według swoich potrzeb i używała go do szkolenia marynarzy. Nie było mowy o jakimkolwiek komforcie, przynajmniej załogi, z której część spała np. na rozkładanych hamakach.
Ale teraz hamaków nie będzie?
Nie, nie będzie. Będzie również zupełnie inny podział wnętrza, bo poprzedni podział, jak już wspomniałem był, wykonany przez Szwedów dla ich potrzeb, szkolenia militarnego, wojskowego. A więc ścisła hierarchia - podział wnętrz na oficerskie, podoficerskie, załogowe... Po obecnej odbudowie będzie kabina kapitana, dwusobowa kabina załogi stałej (bosmana i kuka), dwuosobowa kabina dla załogi, nauczycieli czy opiekunów młodzieży, pozostała część załogi będzie mieszkać we wspólnym kubryku. Koje były bardzo wąskie, w najszerszym miejscu miały 65 centymetrów szerokości. Teraz będą szersze. Rozbudowana będzie natomiast część „socjalna” - dwie osobne toalety... Pod podłogą znajdzie się miejsce także dla zamrażarki. Wszystko, co ciężkie umieszczamy jak najniżej, aby maksymalnie poprawić poziom stateczności tej jednostki. Będzie mesa z tablicą szkolną umożliwiającą prowadzenie zajęć.
Staramy się dokonywać jak najmniej zmian, ale nie odtwarzamy zabytku, który będzie stał przy nabrzeżu, a żaglowiec, który będzie normalnie pływał i to dużo. Obowiązują nas różne przepisy, konwencje, regulaminy. Na przykład o zapobieganiu zanieczyszczeniom morza. Musimy wygospodarować więc miejsce na zbiorniki fekaliów, brudnej wody, śmieci. One oryginalnie nie istniały.
Jaka jest przyjęta autonomia jachtu?
Dziesięć dni. Zaruski nie jest odbudowywany z myślą o rejsach „wyprawowych”, a przede wszystkim typowych rejsach szkoleniowych z młodzieżą.
Ale nie będzie to gdańska wersja „Szkoły Pod Żaglami”?
Nie, zakładamy krótsze, jedno- ewentualnie dwutygodniowe rejsy. A także pływania jednodniowe czy weekendowe.
Ile osób będzie mogło pływać?
W krótkich, dziennych rejsach zatokowych - nawet do 40 osób (zależnie od środków ratunkowych i uzgodnienia z PRS-em). W dłuższych rejsach bałtyckich do 26 osób.
Przy odbudowie wykorzystujecie takie same materiały?
Staramy się tak robić. A więc kadłub i zład to dębina, maszty sosnowe (ale już nie lite a klejone). Okucia będą oryginalne. Większość okuć, elementów metalowych na jachcie jest ze stali niskowęglowej, praktycznie niezniszczalnej.
Wiem, że ktoś prostestuje przeciwko zmianom wprowadzanym podczas tej odbudowy. Co o tym sądzisz?
Nie chodzi o zmianę wyglądu czy charakteru jednostki na siłę, z powodu czyjegoś "widzimisię". Musimy jednak zapewnić odpowiedni poziom bezpieczeństwa czy komfortu, a wymagania są zupełnie inne niż 60 lat temu. Musimy spełnić wymagania określone przepisami. Musimy także naprawić pewne błędy popełnione w trakcie budowy lub powojennych remontów. Na przykład oryginalnie poszycie połączono kiedyś ze stalowymi ramami wręgowymi bez zastosowania jakiejkolwiek przekładki. A ponieważ dębina „nie lubi się” ze stalą, w tych miejscach poszycia praktycznie nie ma, ubytki są rzędu 80 %. W czasie eksploatacji dokonywano napraw poszycia zastępując np. długi, sześciometrowy odcinek klepki trzema krótszymi. Teraz ponownie wstawiamy dłuższą. Z powodu braku wentylacji i zamknięcia miejsca połączenia burt z pokładem większość sztorców wręg zgniła. Całe szczęście, wręgi są dwuczęściowe, więc nie musimy demontować ich w całości. Wymieniamy także wzdłużniki pokładu. Drewno łączone jest podobnie jak kiedyś na zamki i śruby z wręgami. Śruby, które będziemy wymieniać zastosujemy jednak nierdzewne. Oryginalne były z kutej, niskowęglowej stali, trzeba by je specjalnie zamawiać, a to raczej wykraczałoby poza możliwości naszych finansów.
Kto remontuje Zaruskiego? Fachowcy? Pasjonaci? Specjaliści?
Najpierw był przetarg. Obowiązują pewne procedury, dlatego trwało to tak długo. Wygrała go firma z Pucka, która wcześniej remontowała już kilka drewnianych jachtów. Są to młodzi ludzie, ich zaangażowanie jest duże. Liczymy również na ich współpracę w przyszłości, w miarę potrzeb.
Kiedy planujecie wodowanie?
Zakładamy jesień 2010 roku, ale może się to przesunąć na 2011 rok. Wszystko zależy od niespodzianek podczas remontu. Po odkryciu elementów kadłuba okazuje się, że są one zniszczone więcej, niż zakładaliśmy, pewnych rzeczy po prostu wcześniej nie widać. Po zwodowaniu (z zamontowanym już silnikiem i pewnymi elementami wyposażenia), chcemy postawić maszty, i zacumować jacht na Motławie, na Starym Mieście, przy Sołdku. Tam będą prowadzone prace wykończeniowe, a żaglowiec będzie już „cieszył oczy” mieszkańców Pomorza i turystów. Rozpoczęcie rejsów planowane jest na lato 2012 roku, ale z wyżej wymienionych względów może się to przesunąć na 2013 rok.
Po rozpoczęciu rejsów będziesz pływał na stałe jako bosman?
Tak, oczywiście. Rejsy zakładamy od wczesnej wiosny do późnej jesieni, więc co jakiś czas będę miał przerwę, nie będę non-stop od pierwszego do ostatniego rejsu, bo tego nikt by nie wytrzymał.
W marcu w Warszawie odbędą się targi Wiatr i Woda. Zaruski będzie tam miał swoje stoisko promocyjne. Czy będziesz na nim obecny, będzie można z Tobą porozmawiać?
Jeszcze nie wiem, obecnie prawie cały czas spędzam na Zaruskim w stoczni, ale nie wykluczam tego.
Czego Ci życzyć jako bosmanowi Zaruskiego?
Sprzyjających wiatrów i jak najmniej sztormów.
Tego więc Ci życzę i myślę, że za jakiś czas spotkamy się znowu, żeby porozmawiać o postępach w remoncie Zaruskiego.
Bardzo chętnie, w takim razie do zobaczenia.

