Dariusz Urbanowicz: Znając Ciebie trzymasz za ogon kilka srok. Co porabiasz?
Arek Pawełek: Głównie w rajdach siedzę obecnie?
Jak rozumiem, rajdy off-roadowe...
Powiedzmy „off-roadowe”, bo to się zmieniło i nie do końca jest prawdą w tej chwili. Do niedawna siedziałem w ekstremalnym off-roadzie, w rajdach przeprawowych. Teraz jednak przerzuciłem się na rajdy nastawione na przygodę, bo nawet nie na wyprawę. Przygoda związana z motoryzacją, samochodami, terenem. Jestem przedstawicielem na Polskę takiego wyścigu Budapeszt – Bamako. To największy amatorski rajd na świecie. Startuje w nim kilkaset załóg. Oprócz tego ciągnę swoje rajdy. Mam pomysł na „rajd bez zasad” – BO-Rajd. Kiedy się ktoś pyta, co to za nazwa, odpowiadam bo tak, bo rajd bez ograniczeń. To taki skrót. A więc można jechać wszystkim, prawie że dowolną trasą. Podstawowym kryterium klasyfikacji będzie długość przejechanej trasy. Czas również brany będzie pod uwagę, ale nie waży tyle, co kilometry. Ścigają się cztery klasy: z napędem na „dwie łapy”, „cztery łapy”, a także motocykle i quady.
Dobra, Budapeszt – Bamako, jest na czasie. Co to jest? Powiedziałeś, że najbardziej ekstremalny rajd dla amatorów...
Nie powiedziałem tak. Nie oszukuj. Powiedziałem, że największy rajd dla amatorów.
W rozmowie z Tobą trudno się nie doszukiwać zjawisk ekstremalnych...
Choć może coś w tym jest. Tam, tak naprawdę, jedzie wszystko: dwa lata temu ekipa Travel Channel, bo tam są relacje, pojechała „maluchem” i to nie nowym, tylko 20-letnim polskim fiatem 126p. Dziewięć tysięcy kilometrów przez Europę i Afrykę.
I co, dojechali?
Trochę im się psuł po drodze. To był tak zwany mistery car. Dostali go na trzy dni przed startem. Dwóch Angoli miało go sobie przygotować. To na co oni mieli czas? Na zakup filtrów i domalowanie szlaczków. W ubiegłym roku Travel Channel wystawił dwie ekipy na battle of sexes, bitwę płci. Dwie Holenderki i dwóch Anglików w 20-letnich Suzuki Samurajach. Sytuacja taka sama, trzy dni na przygotowanie. W trasę wyruszył i ukończył czeski pojazd trzykołowy dla inwalidów Velorex. Co roku jedzie ikarus, autobus przegubowy znany z naszych ulic. Bus numer 7. Impreza non stop, codziennie. W tym rajdzie przygoda ma znacznie większe znaczenie niż wyczyn. Wyczynem jest dojechanie do mety. Ja jadę samochodem z 1971 roku.
Jakim?
Land Roverem Santaną. W środę w nocy jechałem do kolegi do Pułtuska, aby wstawić do serwisu auto przed wyprawą. Trzeba przegląd zrobić, uszczelnić nieco. To była ekstrema. W nocy minus czternaście, a przestało działać ogrzewanie. Nagrzewnica zamarzła. I wycieraczki nawaliły. Walczyłem dziewięć godzin na dystansie czterystu kilometrów. Ludzie kupują niesamowite samochody, aby wystartować. Gość pojechał busem z lodówką, inni kupują dacie, łady, trabanty, wartburgi.
Ile to czasu trwa?
17 dni od startu do dojazdu do Bamako – stolicy Mali. To już jest Czarna Afryka. Jakieś trzy tysiące kilometrów prowadzi po odcinkach specjalnych Dakaru. Nie wiem, czy mogę powiedzieć nazwę strony internetowej tego rajdu?
Pozwalam.
www.budapestbamako.pl. Budapest, przez s.
Tak po węgiersku.
Po węgiersku to jest z rozszerzeniem .org. Ale tam nie wiadomo o co chodzi.
Skoro tyle osób jedzie tam starymi samochodami, czy oni ich nie porzucają przypadkiem tam w Mali?
Bardzo często. Tam się sprzedaje nawet najgorsze wraki. Sprzedaż takiego samochodu często wystarcza na bilet powrotny do Europy. Jest jeden haczyk. Ponieważ liczba uczestników jest ograniczona, po sto miejsc w klasie adventure i race, zapisy trwają tylko chwilę, a miejsca na kolejny rok rozchodzą się momentalnie.
Pogadaliśmy o sportach lądowych, ale masz przecież niebagatelne zasługi w sportach wodnych. Jesteś instruktorem nurkowania, ale także żeglarzem i motorowodniakiem. Zadam teraz kluczowe dla wywiadu pytanie: czy cenisz Waćpan strach?
Przecież bez strachu nie da się żyć! To podstawowe uczucie każdej wyprawy, każdego rejsu. On zawsze czai się w podświadomości. Bez strachu, to jak zupa bez soli...
...a ja nie solę zup!
Chciałeś przez to powiedzieć, że niczego się nie boisz? To twardziel jesteś! Ja o sobie tego nigdy nie powiem. Kiedyś ktoś mnie zapytał, czy jestem odważny. Mam jedną odpowiedź: odwagi nigdy nie czułem, a strach wielokrotnie.
Nie bez kozery zapytałem o cenę strachu. Tak bowiem nazywał się ponton, którym przepłynąłeś Atlantyk – „Cena Strachu”. Kiedy to było?
W '98 roku. Dawno się robi.
Starzejemy się. Arek, wybrałeś się na ocean 4,5-metrowym pontonem.
Niecałe nawet... To najmniejsza polska łódka, jaka „zrobiła” Atlantyk.
Jak to wspominasz?
WIELKA PRZYGODA. Myślę, że chyba największa jaką przeżyłem.
Mimo przedzierania się przez dżunglę w Gujanie Francuskiej, mimo opłynięcia RIB-em Przylądka Hornu.
Mimo wszystko. Tam było najciężej. ...Zgadza się.
Opowiadałeś o tym wiele razy, więc nie będę Cię nękał. Teraz na czasie jest wyścig Sydney-Hobart. Tam też startowałeś!
Ha! Ja wiem dlaczego mnie o to pytasz. Razem tam byliśmy. Chciałeś się podlansować! To był szczególny rejs. Naszą podklasę – IRC A – wygraliśmy, a w klasie – IRC – byliśmy drudzy. To była łódka... nie chciałbym złamać prawa, Bols – Sport. W Polsce była Łódka Sport, tam Łódka Bols. To akurat było po wprowadzeniu ustawy zakazującej reklamy alkoholu. Tak to było, takie są przepisy. Wielkie to przeżycia były. Ty to miałeś pecha, bo późno przyjechałeś. A ja tam siedziałem trzy miesiące i każdy weekend spędzałem surfując. Kupiłem sobie deskę. Piękny okres, który w tej chwili chyba bardziej tkwi mi w pamięci.
Niedawno w SportKlubie zdarzyło mi się komentować wyścigi surfboatów. Czterech wioślarzy i sternik. Ścigają się przebijając się przez fale przyboju, a potem wracają plażę surfując. Ostra jazda, piękny sport!
A to wiem o co chodzi. Bawiliśmy się tak w sztormie na kajakach z kolegami w Ustce. Ekipa zakręconych kolesi miała wypożyczalnię na plaży. Wypływało się przez przybój, zwrot i w dół na fali.
Szło się „czołgiem”?
Powiem tak: walka była masakryczna. Oni mieli ogromne doświadczenie, ale mnie jednego dnia nie udało się przebić przez fale. 45 minut walczyłem, by chwilkę wypocząć za przybojem. Nie dawałem rady. Mogłem tylko patrzeć na chłopaków.
Kolejne pytanie nie bez przyczyny. Co Ci mówi nazwa OSTAR?
Original Singlehanded Trans Atlantic Race – tak to się teraz nazywa. Pierwotnie nazwę tę rozwijało się jako Observer's, bo to pismo było sponsorem wyścigu. To najstarsze na świecie regaty samotnych żeglarzy przez Atlantyk.
Z pięknymi kartami historii zapisanymi przez Polaków.
Zgadza się, legendy polskiego żeglarstwa ścigały się w tych regatach i to z powodzeniem. Kapitanowie Baranowski, Jaworski, Puchalski na Mirandzie...
I Pawełek się szykuje!
Się szykuję. Jestem zapisany jako pierwszy potencjalny uczestnik edycji na rok 2013. Odbywają się co cztery lata, więc tyle mam czasu na przygotowania, na kupno łódki, zebranie funduszy i zrobienie rejsu kwalifikacyjnego.
Czyli na tę chwilę projekt nosi nazwę: „Arek Pawełek Szukam Sponsora”?
Jakby się znalazł, byłoby bardzo miło. Chcę startować w najmniejszej klasie, więc nie są to powalające koszta. W Stanach łódkę, co prawda gołą, ale nadającą się można kupić za 10–15 tysięcy dolarów. Regaty OSTAR w pewnym momencie ewoluowały i rozwinęły się do poziomu wyścigu dla profesjonalistów. Potem jednak stwierdzono, że nie taki był zamysł i rozdzielili amatorów i profesjonalistów. Ja jestem amatorem, nie mam zresztą patentu żeglarza. Nie ma co się śmiać, naprawdę nie mam. Na szczęście tam nie sprawdzają uprawnień, tylko wymagają potwierdzenia rejsu kwalifikacyjnego. Tam mniej się liczy sprzęt i technologia, a więcej siła i walka żeglarza. Siła chyba bardziej nawet psychiczna, niż fizyczna. Wszystko zaczyna się w głowie. Podobnie rzecz się ma w motoryzacji. Pedał gazu też zaczyna się w głowie.
Była „Cena Strachu”, czy masz już przygotowaną nazwę dla swojego jachtu? Był „Spaniel” i Spaniel II”. Będzie „Cena Strachu II”?
Nie. Jeżeli uda się znaleźć sponsora, na pewno będzie miał wiele do powiedzenia w kwestii nadania imienia łodzi. Myślałem też, by zrobić akcję wysyłania SMS-ów, każdy pięć złotych powiedzmy. Jestem gotowy wpisać na burcie nawet dziesięć tysięcy nazwisk. Nie chcę się wiązać, to się może po prostu zmienić.
Sir Peter Blake zbierał fundusze na nowozelandzki syndykat Pucharu Ameryki sprzedając legendarne czerwone skarpety.
Ja mam pomysł na czapeczki i koszulki. Może zadziała? Może na allegro wystawię cegiełki? Mam trochę map z Hornu, więc może je potnę w kratkę i to będą cegiełki? Cały czas mam ONYX-a, ponton „hornowy” do sprzedania.
Gdzie szukać informacji na temat Twoich przygód? Mówiliśmy o Budapeszt – Bamako...
Łatwo zapamiętać Borajd.pl i arekpawelek.pl. Z rajdu będę prowadził bloga, więc na tych stronach będą linki. Nie znam się na internecie. Ja wysyłam informację, a wkleja wszystko komputerowiec. Nie każdy jest genialny.
Trzymamy kciuki!
A ja dziękuję. Bądźcie pozdrowieni.
Rozmawiał
Dariusz Urbanowicz



