Dziennikarz, zaufany Jury przyznającego nagrodę "Rejs Roku", a prywatnie... bardzo sympatyczny człowiek. O tym, co się dzieje w czasie obrad i kto nie był zainteresowany imprezą wręczenia nagród opowiada Aleksander Gosk, Sekretarz Jury.
Od kiedy jest Pan związany z inicjatywą przyznawania nagród „Rejs Roku”? Jak to się w Pana przypadku zaczęło?
Pierwszy mój zawodowy kontakt z „Rejsem Roku” to edycja roku 1976 – sukces Kuby Jaworskiego w transatlantyckich regatach. Byłem wówczas początkującym reporterem telewizyjnym i przygotowywałem relacje z żeglarskiej gali. Było to duże przeżycie – imprezę prowadził legendarny komendant „Daru Pomorza” kpt. Kazimierz Jurkiewicz, a sala pełna była sław ówczesnego żeglarstwa. Znałem ich wcześniej tylko z materiałów prasowych - Krzysztof Baranowski, Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, Dariusz Bogucki, Teresa Remiszewska, Zyga Perlicki, Zdzisław Pieńkawa i wielu innych – prawdziwych idoli tamtego czasu. Telewizyjne przekazy, wywiady z laureatami realizowałem także w kolejnych latach. Pamiętam Jurka Rakowicza (laureat 1979 r.) przygotowującego się go regat AZAB (Azores and Back), wspomagałem Henryka Jaskułę (laureat 1980 r.) przed wokółziemskim samotnym rejsie non-stop.
W roku 1982 rozstałem się z telewizją i mój kontakt z „Rejsem” rozluźnił się, choć śledziłem co dzieje się na żeglarskich szlakach. Znam większość laureatów nagrody, a do dziennikarskiej obsługi „Rejsu” wróciłem po powrocie do TVP w 1993 r. Dziesięć lat później redakcja „Głosu Wybrzeża” – organizująca imprezę - zaproponowała mi prowadzenie marcowej gali „Rejsu Roku”. Byłem gospodarzem dwóch ostatnich edycji organizowanych przez „Głos”.
Pod koniec 2005 roku zgłosili się do mnie dwaj członkowie Jury „Rejsu Roku” – red. Zenon Gralak i kpt.ż.w. Leszek Wiktorowicz. „Głos Wybrzeża” zniknął z rynku i nagroda straciła mecenasa. Pytali czy telewizja nie mogłaby patronować imprezie. Nie miałem wątpliwości, że „Rejs Roku” trzeba ratować. Zyskałem przychylność dla tego pomysłu ówczesnego prezesa TVP Jana Dworaka, zorganizowałem siłami gdańskiego Oddziału TVP galę w tradycyjnym, marcowym terminie. W następnym roku znalazłem się w zaszczytnym gronie jurorów. Kolejny kryzys to rok 2009 – niesławna prezesura w TVP Piotra Farfała, który zainteresowania żeglarstwem nie przejawiał, a jego gdański nominat obwieścił na 3 tygodnie przed galą, że telewizja imprezy organizować nie będzie. Zreflektował się dopiero gdy zwróciłem uwagę, że trzeba poinformować o tym ministra infrastruktury i wiele zaproszonych prominentnych osób. Gala zatem rozpędem odbyła się, wiedziałem już jednak, że i ten mecenas wykazuje objawy „zmęczenia materiału”. Zacząłem więc szukać poważnego partnera, szczególnie że i moja droga zawodowa rozeszła się z TVP. Samorząd Gdańska był naturalnym sojusznikiem - „Rejs Roku” od pierwszej edycji w 1970 toku związany był z miastem, prezydent Gdańska fundował własną nagrodę. Rozmowa z prezydentem Pawłem Adamowiczem była krótka i rzeczowa – nie ma mowy by „Rejs Roku” upadł bądź był organizowany poza Gdańskiem. Czterdziesta edycja była już zatem organizowana pod patronatem prezydenta Gdańska. Warto dodać, że „Rejsem Roku” zainteresowani byli także prezydenci Sopotu, chcący mocniej zaistnieć w świecie żeglarstwa morskiego – budują przystań jachtową na molu. Ostatecznie zwyciężyła gdańska tradycja.
Na czym właściwie polega Pana rola, jako Sekretarza Jury i koordynatora tego wydarzenia?
Od 2005 roku koordynowałem przygotowania do żeglarskiej gali – początkowo jako pracownik TVP, w ostatnim roku już jako współpracownik gdańskiego magistratu. Prace typowo organizatorskie – sala, zaproszenia, lista gości, nagrody, scenariusz, prowadzenie. Przygotowuję także posiedzenie Jury na „Darze Pomorza”. Od ubiegłego roku pełnię funkcję Sekretarza Jury –prowadziłem, na prośbę przewodniczącego kpt. Leszka Wiktorowicza, posiedzenie tego gremium, piszę protokół, komunikat po posiedzeniu, materiały dla prasy. Materiały charakteryzujące rejsy minionego sezonu przygotowywane są w Polskim Związku Żeglarskim.
Kim są członkowie Jury? Kto ich wybiera?
Członkami Jury – ciała w pełni społecznego, są kapitanowie jachtowi – laureaci z lat minionych, Grotmaszt Bractwa Kaphornowców – kontradmirał Czesław Dyrcz, sekretarz generalny PZŻ – kpt. Zbigniew Stosio, dwaj twórcy nagrody – „ojcowie założyciele” – dziennikarze Tadeusz Jabłoński i Zenon Gralak – sami także żeglarze a od kilku lat również reprezentant żeglarstwa polonijnego, coraz mocniej piszącego historię polskiego jachtingu.
Może nam Pan zdradzić czy w czasie obrad Jury się kłóci? Czy członkowie Jury prowadzą rozmowy ze sobą poza oficjalnymi spotkaniami?
Do kłótni, czy innych gorszących scen nie dochodzi, natomiast dyskusja jest oczywistym składnikiem naszych spotkań. Ponieważ często poszczególne rejsy są trudno porównywalne, gdzie trzeba rozważyć bardzo różnorodne kryteria, droga do kompromisu prowadzi właśnie przez dyskusję. Staramy się przekonywać nawzajem, ważąc atuty i ewentualne słabości różnych żeglarskich dokonań. O rozmowach nieoficjalnych zmierzających, jak rozumiem, do wpływania na werdykt Jury nic mi nie wiadomo. Sam takich nie prowadzę i jestem przekonany, że jest to reguła, a sądzę tak m.in. obserwując dynamikę dyskusji podczas posiedzenia Jury.
W roku ubiegłym do nagrody nominowanych było wielu znakomitych żeglarzy, zakończyło się kilka ważnych rejsów, jak osiągnąć kompromis co do werdyktu? Czy tworzą się wówczas stronnictwa?
Trochę już na to pytanie odpowiedziałem. Mówiąc konkretnie o ostatnich rozstrzygnięciach, pisałem o tym zresztą w oficjalnym Komunikacie Jury, pragnę podkreślić że kandydatura do „Srebrnego Sekstantu” nie budziła w jurorach wątpliwości. Rejs Joanny Pajkowskiej wyróżniał się zdecydowanie. Wyprawa w założeniu bez zawijania do portów, z jednym wymuszonym warunkami postojem w Afryce Południowej, w rekordowym jak na polską banderę tempie. Wiem o kampanii zarzucającej kpt. Pajkowskiej chęć zatajenia tego pechowego, choć świadczącego o odpowiedzialności i żeglarskiej rozwadze postoju. Nie chcę w tym miejscu ponownie przywoływać tej sprawy, uważam jednak, że postąpiono wobec kapitan Pajkowskiej nie fair i jednogłośny werdykt dobitnie dokumentuje stanowisko Jury. Kompromis nie zawsze jest konieczny do rozstrzygnięcia. Jurorzy mają wolny wybór - wiedza i sumienie przesądzają o momencie, w którym podniosą rękę oddając głos za konkretną kandydaturą. Tak było i tym razem - nie zdradzę wielkiej tajemnicy jeśli powiem, że dwie pozostałe panie, Natasza i Marta, podzieliły Jury. O ostatecznej klasyfikacji zdecydowała arytmetyka – nieznacznie więcej głosów otrzymała Natasza i „Tanasza…”.
Co w latach posuchy? Zdarzyło się, że zdaniem jury nikt szczególnie na nagrodę nie zasługiwał?
Bez wątpienia analizując czterdziestoletnią historię „Rejsu Roku” można stworzyć swoisty ranking „wszechczasów”, wskazująca lata „tłuste” i „chude”. Byłoby to jednak działanie ahistoryczne. Zmieniały się warunki, zmieniło się żeglarstwo, zmienił się świat i Polska. Przykładowo „Srebrnego Sekstantu” nie dostał w 1976 roku Dariusz Bogucki za pionierski rejs do obu Ameryk z przekroczeniem obu kręgów polarnych i pokonaniem Hornu, bo w tym samym sezonie Kuba Jaworski doskonale zaprezentował się w regatach transatlantyckich. A w innych latach, znacznie łatwiejsze żeglarsko rejsy honorowano głównym wyróżnieniem. Jednak sama nazwa - „Rejs Roku” definiuje charakter wyróżnienia – najwybitniejsze osiągnięcie żeglarskie w czasie ograniczonym kalendarzem – od 1 stycznia do 31 grudnia. Podczas mojej krótkiej kariery w składzie Jury na szczęście nie miałem tak głębokich rozterek. „Srebrne Sekstanty” odebrali w tym czasie kapitanowie wypraw przez Przejście Północno-Zachodnie, Jarek Kaczorowski za znakomity start w Transat 6.50, Tomasz Lewandowski za rejs dookoła świata non-stop ze wschodu na zachód czy wreszcie wspominana Joanna Pajkowska.
Czy Jury spotyka się z naciskami?
Naciskamy na siebie nawzajem starając się przekonać do własnych racji, argumentując i dochodząc bądź nie do kompromisu. Z zewnętrznymi naciskami nie spotkałem się.
Czy żeglarstwo jest medialne? W przypadku Polski można odnieść wrażenie, że wcale. W mediach, nie licząc specjalistycznych, sporadycznie można poczytać o naszych sukcesach, z reguły tych olimpijskich. Tymczasem informacji o regatach, nawet tej rangi, co Puchar Ameryki, nie ma. To nieciekawe czy też po prostu dziennikarze nie potrafią tematem zainteresować odbiorców?
Żeglarstwo jest, że tak się wyrażę – „medialnie trudne”. W dzisiejszych czasach tabloidyzacji, także mediów elektronicznych, trudno przykuć uwagę odbiorców wciąż dość egzotyczną w naszych warunkach rywalizacją żeglarzy. Żeglarska dynamika znakomicie sprzedaje się w reklamach coraz częściej promujących produkty poprzez walkę żeglarzy z żywiołem morskim, ale to są kilku-, kilkunastosekundowe ujęcia. Dłuższe relacje grożą monotonią – trudnoczytelne reguły walki, brak widocznych emocji, wciąż brak naszych idoli na żeglarskim topie. Łatwiej utożsamiamy się z Kubicą – prawie wszyscy jeździmy samochodami, niż z Karolem Jabłońskim – ilu z nas rozumie jego sportową klasę? Pokazanie żeglarstwa w sposób elektryzujący widza wymaga wielkich nakładów realizacyjnych. Kamera i mikrofon muszą pokazywać z bliska kluczowych aktorów sportowego spektaklu. Widz na bieżąco musi widzieć i rozumieć zmieniającą się na trasie sytuację – to wymusza stosowanie wyrafinowanej techniki i dostosowywanie scenariusza imprez pod publikę. Wydaje się jednak że nawet to nie gwarantuje masowego odbioru. Trochę w tym względów kulturowych bliższych futbolowo-bokserskiemu modelowi, trochę braku medialnych pasjonatów mających pomysły i siłę przebicia.
Prywatnie Pan żegluje?
Mam patent sternika jachtowego, aktualnie żegluję niewiele, co nie przeszkadza mi wiernie towarzyszyć i wspierać naszych żeglarzy.
Dziękuję za rozmowę.

