Tak w skrócie można ująć moje stanowisko w kwestii budzącej tak wiele emocji inwestycji w Gdańsku.
O tym, że sprawa kładki nad Motławą leży na sercu wielu żeglarzom, przekonałem się po poniedziałkowym sprawdzeniu mojej poczty elektronicznej, a więc tuż po artykule w „Gazecie Wyborczej” z dn. 25 września pt. „Kusznierewicz namówi do kładki?”. Ponieważ już sam tytuł sugeruje, że jestem zwolennikiem kładki, w gdańskim środowisku żeglarskim zagotowało się: „Jak to, Mateusz staje przeciw nam?” Spieszę jednak zapewnić, że w sprawie kładki jestem… po „niczyjej” stronie. Prawda jest taka, że ta kładka nam, żeglarzom, nie jest potrzebna. Powiem więcej: kiedy powstanie, na pewno będzie jakąś przeszkodą. Większą czy mniejszą, to już wyniknie z efektów rozmów i decyzji, jakie są ciągle przed nami.
Fakt, że jestem ambasadorem Gdańska do spraw morskich, nie przesądza o moim stanowisku w sprawie kładki nad Motławą. Ciągnie się ona przecież od wielu lat, a ambasadorem jestem od kilku miesięcy. Do czasu otrzymania przeze mnie tego tytułu zapadło wiele decyzji, na które nie miałem wpływu. Co więcej, w dalszym ciągu proces decyzyjny odbywa się poza mną. Ja mogę być tylko moderatorem dyskusji na temat kładki, próbować sprawić, by strony – przedstawiciele miasta i środowisko żeglarskie – prowadziły w tej sprawie konstruktywny dialog, a nie bezowocny spór.
Uważam, że należy spokojnie rozważyć wszelkie „za” i „przeciw” (na szczęście jest jeszcze na to czas), w tym także proponowane rozwiązania alternatywne – jak choćby połączenie promowe czy tunel. W najbliższym czasie mam zamiar spotkać się w tej sprawie z przedstawicielami gdańskiego środowiska żeglarskiego [o terminie i miejscu spotkania poinformujemy na łamach portalu zalewwislany.pl].
Z żeglarskim pozdrowieniem,
Mateusz Kusznierewicz

