Imprezy:
Wyszukiwarka:

Pocztówka z Lofotów: część 5

Tomasz Piątek, dodano 29 sie 2010 23:43, 1 komentarzy

ND na Vaeroy (fot. Agnieszka Rogala)

Po raz kolejny przerwa była długa, ale tym razem to z przyczyn bardziej żeglarskich - gnaliśmy na łeb na szyję do Alesund, skąd właśnie teraz piszę. Czasu mało, więc spieszymy się żeby zdążyć na 2 września do Bergen gdzie oddajemy jacht.

Poprzednia relacja kończyła się w uroczym Henningsvaer, nazywanym "Wenecją Lofotów". Po tym jak szybko musieliśmy stamtąd uciekać (na nasze miejscu stawał kuter dla turystów), skierowaliśmy się na zachód, żeby stanąć w niewielkiej miejscowości, której nazwy nie mogę niestety podać. Dlaczego? Otóż tam właśnie spędziliśmy cudowne dwa dni w de facto polskim klasztorze cysterskim pod wezwaniem Matki Boskiej Królowej Fiordów. Z wielką chęcią napisałbym o tym coś więcej, ale daliśmy słowo ojcu przełożonemu, że nie powiemy nikomu o tym miejscu - pewnie to i lepiej, bo może kiedyś samodzielnie penetrując Lofoty natkniecie się na to miejsce i tak samo jak my tam wsiąknięcie - mieliśmy tam pójść tylko na parę godzin a omal nie skończyło się na trzech dniach...

Wtedy właśnie mniej więcej uświadomiliśmy sobie, że czasu mamy naprawdę już bardzo mało. Stanęliśmy więc przed jednym z najbardziej nieprzyjemnych wyborów - z czego zrezygnować. Okazuje się, że tak naprawdę na samych Lofotach można spędzić miesiąc, tyle jest tutaj intrygujących miejsc. Wracając jednak do naszych dylematów - wybór padł na wyspę Vaeroy, położoną niemal na samym końcu archipelagu. Port ten skusił nas obietnicą piaszczystych plaż i samego w sobie atrakcyjnego położenia. Pierwsze wrażenia jednak mieszane - już od rana (wchodziliśmy około 0600) zaatakował nas intensywny opad. Niezrażeni jednak kaprysami pogody, ruszyliśmy jak zwykle na podbój. Od przemiłej Pani z pobliskiego miasteczku wypożyczyliśmy rowery (swoją drogą, jest ona jedyną osobą na całych Lofotach, która przyjmuję za darmo gości w ramach coachsurfingu - polecamy) i za cel obraliśmy sobie opuszczoną wioskę rybacką położoną po drugiej stronie wyspy. Kilka ostrych podjazdów szybko zweryfikowało naszą kondycję, podłamaną nieco siedzącym trybem życia na jachcie i brakiem ruchu. Po niecałej godzinie jednak dotarliśmy do początku ścieżki turystycznej, która miała prowadzić wzdłuż pasm górskich przez około 6 kilometrów. Dalszą część tej historii znam już niestety tylko z opowieści, gdyż zabrakło mi hartu ducha do wymagającej trasy - w nią udały się trzy dziewczyny (Jurek został na jachcie). I jak się okazało, było jak najbardziej warto. Piękne widoki, wspomniane plaże i w końcu osiągnięcie celu - opuszczona wioska nie okazała się co prawda tak całkowicie opuszczona, ale i tak było pięknie. Vaeroy więc całkowicie polecamy!

Niestety tam skończył się wakacyjny tryb rejsowania, a zaczęła się gonitwa z powrotem. W niecałe 10 dni mieliśmy do zrobienia blisko 600 mil. Wiatry niestety nie zrozumiały naszego pośpiechu i uparły się na wianie z południa, w dodatku słabo. Następnego dnia, po drodze zrobiliśmy jeszcze przystanek na lodowiec - rzuciliśmy kotwicę w Nordfjordzie, który położony jest zaraz u stóp lodowca Svartisen (po norwesku "czarny lód"). Ekipa ekspedycyjna w postaci Jurka i Klaudii dokonała desantu na brzeg, a następnie wdrapała się do pierwszych lodów. Tutaj też ciężko mi napisać coś więcej (chociaż z wody wyglądało to wszystko przepięknie), ale według eksploratorów było to jedna z ich najwspanialszych wycieczek w życiu. Więc po raz kolejny sukces.

Dominującym jednak zwrotem w tej relacji jest "mało czasu" - więc trzeba płynąć dalej. Jeszcze tylko krótki kilkudziesięciomilowy przelot do wakacyjnej miejscowości Nesna, żeby podładować akumulatory, zatankować paliwo i wodę oraz dokonać niezbędnych czynności higienicznych, i już ruszamy dalej. I na tym właściwie mogę skończyć opisy krajoznawcze, po po ponad trzech dobach żeglugi dotarliśmy do tego ciekawego i zupełnie nienorweskiego Alesund, o którym napiszę pewnie więcej w ostatniej części relacji.

Nie znaczy to jednak, że nie ma o czym pisać. Po raz kolejny potwierdziło się, że szczęście nas nie opuszcza - po zobaczeniu wieloryba z odległości kilkunastu metrów, podczas tego długiego przelotu widzieliśmy zorzę polarną, która poza zimą spotykana jest rzadko! I akurat muszę Wam powiedzieć, że widok ten był absolutnie nieziemski. Mimo że była to raczej zorza z tych niemrawych i mniejszych, i tego że widoczna była raptem kilka minut, to naprawdę przywodziła na myśl piękno w czystej postaci... Jedwabiste zielone smugi z gracją mieniące się na bezchmurnym niebie - coś niesamowitego!

Druga z niewątpliwie wyjątkowych tu rzeczy, to warunki pogodowe, a konkretnie wiatrowe. Poruszając się mniej więcej wzdłuż brzegu w osłonie wysepek i półwyspów wicher kręci jak szalony. Stąd widnieją w naszym dzienniku wpisy w rodzaju: 2100 - N 6-7, 2200 - N 3-4, 2300 S 0-1. Ciężko się do tego przyzwyczaić i często balansuję się pomiędzy pomstowaniem na flautę i związaną z nią koniecznością słuchania terkotu silnika a zastanawianiem się czy nie warto by się już zarefować. No i oczywiście przednie żagle zrzucamy i stawiamy z częstotliwością jednej zmiany na godzinę.

Rejs zbliża się do końca, nie może więc na pokładzie i pod nim brakować podsumowań i pierwszych wspomnień. O tym pewnie napiszę w ostatniej części. Co jednak jest ciekawe, zauważyłem jak bardzo nam już wszystko weszło tutaj w krew. Miesiąc spędzony na jednym małym jachcie sprawia, że człowiek dokonuje optymalizacji wszystkich czynności i ruchów. Po pierwszych tygodniach pewnego chaosu i zmian, teraz wszystko jest jasne - budynie i chińczyki mają swoje wygodne miejsce w stole, latarka musi leżeć w schodku a długopis nawigacyjny ZAWSZE musi być zawieszony o navtexa. Przestrzenie na jachcie są już doskonale poznane, wiadomo jak bardzo trzeba się schylić żeby sięgnąć po garnek, iloma krokami najlepiej pokonać drogę z mesy do zejściówki, i tak dalej. Nie wyobrażam sobie w takim razie rutyny w wykonaniu samotnych żeglarzy opływających świat non-stop.

Koniec rejsu wiążę się też z końcem zapasów. I tak, został nam już tylko jeden wek, wszystkie kiśle zalane już wrzątkiem i zjedzone, a walczyć trzeba z tym, czego ilość została przeszacowana. Na przykład ser, który stał się już naszym małym koszmarem. Sześciokilogramowy walec torturujemy od dwóch tygodni, a najczęściej goszczącym na stole daniem jest właśnie smażony ser - w postaci kosteczek, kotletów, medalionów (trzeba go smażyć, bo już troszkę pachnie)... Podobny los dotyka ponad trzydziestu opakowań pasztetów, ryżu i tak dalej. Cieszyć się może na pewno przejmujący od nas jacht Marcin, bo prowiantu będzie miał naprawdę dużo.

Kronikarski obowiązek zmusza mnie też jednak do opisywania tych ciemniejszych stron. I tak, okazuję się że miesiąc spędzany na tak małej przestrzeni nawet z najbliższymi sobie ludźmi może być męczący. Całe szczęście morze wymusza na ludziach ciągłą współpracę i nie pozostawia miejsca na obrażanie się, więc wszystkie konflikty wybuchają i wypalają się dosyć szybko. Ale mimo wszystko kilkudniowa przerwa od siebie zadziałała by nas jak balsam.

Mimo wszystko jednak, w rozmowach przewija się od czasu do czasu wątek celu przyszłorocznego. Islandia, Kanał Białomorski, rejs legendarnych portów - Dover, Amsterdam... Na razie to tylko marzenia, tak jak marzeniem były rok temu Lofoty. Może się ziszczą, może nie - skupiać się trzeba na tu i teraz.

To już chyba niestety przedostatnia relacja, jaką mam przyjemność dla Was pisać. Za tydzień o tej porze będą już mnie nękać z pewnością bardzo istotne problemy życia codziennego, i stamtąd też pewnie napiszę jakieś podsumowanie. Tymczasem jeszcze trochę wolności - 170 mil morskich do Bergen, podczas których może się jeszcze wiele wydarzyć... Do zobaczenia!

Czwartek i załoga Naszego Domu

Dodaj do: Wykop
Podobało się?
Zakręć sterem
3
Masz informację, którą chciałbyś podzielić się ze społecznością MyZeglarze.pl?
Wyślij SMS lub MMS na numer: 722 500 500 lub mail na adres: redakcja@MyZeglarze.pl
Komentarze(1)
Wojciech Klim Wojciech Klim - 31 sie 2010 08:53
Pięnie że tak powiem.
Dodaj komentarz:
UWAGA: Aby dodać komentarz musisz być zalogowany!!
Projekt współfinansowany w ramach Działania 8.1 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.
Fundusze Europejskie - dla rozwoju innowacyjnej gospodarki.