Chociaż my nie do końca to odczuwamy, to czas mija bardzo szybko. Gdyby to był zwyczajny (czyli dwutygodniowy) rejs, to już musielibyśmy kierować się w stronę portu docelowego. Wrażenie to spowodowane jest zapewne tym, że cały czas mamy w głowach te wszystkie rzeczy, które chcemy obejrzeć - uwierzcie mi, że jest tego naprawdę dużo - a czas na nie nadchodzi właśnie teraz.
Wczoraj wpłynęliśmy do Narwiku, czyli do portu dość symbolicznego dla Polaków. Sunąc wzdłuż Ofotfjordu, Jurek - który w trakcie rejsu czytał miniaturę morską autorstwa Jerzego Pertka o napaści Rzeszy na Norwegię - opowiadał nam o przemierzających 70 lat temu tą samą trasę okrętach brytyjskich, które płynęły żeby zabezpieczyć port przed siłami niemieckimi. Anglicy nie wiedzieli jednak, że wojska Rzeszy już tam są. Słuchając tych ciekawych opowieści, bardzo łatwo było wyobrazić sobie brytyjskie niszczyciele tnące taflę wody obok naszego jachtu... Ale dość już może historii. Sam Narwik okazał się miasteczkiem przyjaznym i spokojnym, co nie bardzo pasowało do naszych wcześniejszych wyobrażeń. Widać, że ludzie dalej na Północy są coraz bardziej bezpośredni i otwarci. Próbując połączyć się z Internetem, pytaliśmy w marinie o hasło do sieci bezprzewodowej, którego niestety nikt nie znał. Wyobraźcie sobie jednak nasze zdziwienie, gdy jeden ze spytanych przez nasz mieszkańców wrócił pół godziny później na swojej motorówce, z routerem do Internetu wyniesionym z własnego domu! Swoją wdzięczność okazaliśmy długą rozmową i puszką polskiego piwa. Sama marina położona jest raczej na uboczu Narwiku, z racji czego bardzo tu przyjemnie i ładnie. Centrum jest już bardziej zatłoczone i "miejskie". Wróciliśmy właśnie z wycieczki do muzeum II Wojny Światowej, które mimo swoich lat potrafiło nas zainteresować - w przeciwieństwie do muzeum w Bodoe...
No właśnie, Bodoe. Ta duża miejscowość, nazywana miastem orłów, jest stolicą regionu Nordland. Niezbyt wiele jednak można napisać o nim pozytywnego - wysokie budynki i przemysłowa infrastruktura w połączeniu z wysokimi cenami nie sprawiają przyjaznego wrażenia. Stanęliśmy tam jednak głównie ze względu na wychwalane w przewodnikach muzeum lotnictwa. Niestety, ciężko powiedzieć że spełniło ono nasze oczekiwania. Bardzo mało informacji po angielsku, dość chaotyczna ścieżka zwiedzania i straszne plastikowe manekiny poubierane w "stroje z epoki". Największa atrakcja, czyli symulator lotów, okazała się dodatkowo płatna, więc z niej nie skorzystaliśmy. Jednym słowem, muzeum na pewno nie jest obowiązkowym punktem programu będąc w Bodoe.
Wszystko to nie oznacza jednak, że nie było tam żadnych miłych akcentów. Najpierw jednak kilka słów wstępu. Wiecie zapewne, że nieodłącznym elementem odwiedzania zagranicznych portów są spotkania z Polakami. Nie inaczej jest podczas naszego rejsu. Najpierw, na samym początku wyprawy, spotkaliśmy w Trondheim trójkę sympatycznych panów z Gdańska, członków Polskiego Chóru Kameralnego, którzy akurat tego dnia występowali na festiwalu muzyki sakralnej w katedrze Nidaros (na który, jak się później okazało, załatwili nam na swój koncert wejściówki). Kolejne spotkanie miało miejsce właśnie w Bodoe. Tam zaczepił nas Polak, kierowca miejscowego autobusu, który od 20 lat większą część każdego roku spędza w Norwegii. Po wymianie kilku słów, zaprosiliśmy go następnego dnia na jacht. Paweł okazał się człowiekiem nadzwyczaj sympatycznym i pomocnym - nie mówiąc już o tym, że zabrał ze sobą wielkiego wędzonego łososia i górę krewetek, które przekąszaliśmy cały wieczór rozmawiając o Norwegii, Bodoe i żeglarstwie. Ponadto dał nam też telefon do znajomego w Andenes, który ma nam pomóc znaleźć wieloryby. Więc jeśli to Pawle czytasz, to jeszcze raz dziękujemy i pozdrawiamy! Mamy nadzieję, że było Ci tak samo miło spotkać nas, jak nam Ciebie.
Jeśli chodzi o jadłospis, to cały czas się nic nie zmienia - na zmianie jest to świeżo wyłowiona ryba na grillu lub patelni (wczoraj było to osiem dorszy), albo domowy wek. Zdziwieni? Pewnie tak, bo jeszcze nie wspominałem o tym najlepszym z najlepszych wynalazków i usprawnień życia żeglarskiego. Wygląda to tak - każda babcia będzie z pewnością zachwycona, mogąc pomóc swoim wnuczkom. Prosi się więc ją o dwa, trzy, cztery słoiki zawekowanego mięsa na obiad. Babcia gotuje, słoiki zabiera się na rejs i zamiast puszkowej fasolki po bretońsku można wsuwać pierwszorzędną wieprzowinkę od babci Irenki. Proste, a jakie wspaniałe!
Bardzo chciałbym napisać też coś o samym żeglowaniu, ale tak naprawdę nie przychodzi mi do głowy nic wartego wspomnienia. Pogodę mamy dobrą, słońce pojawia się ostatnio częściej, a jedynym zmartwieniem mogą być przychodzący co jakiś czas całkowity brak wiatru. Z racji tego bijemy chyba rekordy w częstości zrzucania i stawiania żagli. Jedyną ciekawostką nawigacyjną było przekroczenie szerokości 66 stopni i 33 minut, czyli koła podbiegunowego. Wbrew pozorom jednak, w krajobrazie nic się nie zmienia, a słońce świeci raźno.
Dzisiaj chcemy jeszcze zawitać do pobliskiego Andenes, gdzie chcemy odwiedzić cmentarz na którym spoczywają polscy marynarze z zatopionego tutaj ORP Grom. Planem na późniejsze dni jest dotarcie do Tromso, które wydaje się być bardzo ciekawym miastem. Będzie to najdalej na północ wysunięte miejsce, do którego dotrzemy - dalej wracamy na południe, żeby w końcu zagłębić się w cel naszej podróży - archipelag Lofotów, które jak na razie dotąd zaimponowały nam z daleka swoją majestatycznością w drodze do Narwiku. Do zobaczenia!
Czwartek i załoga Naszego Domu







