Witajcie! Dzisiejszy odcinek relacji prosto z Sandnessjøen, gdzie musieliśmy awaryjnie wpłynąć po awarii zasilania z akumulatora rozruchowego. Ale po kolei - jestem Wam chyba najpierw winien kilka ogólnych informacji, których zabrakło w pierwszej cześci.
Przede wszystkim więc, kim jesteśmy? Grupą przyjaciół, która zna się już długo i długo też razem żegluje. Razem (albo w bardzo podobnym składzie) byliśmy już m.in. na Szetlandach (2 lata temu), startowaliśmy w Tall Ships' Races (3 lata temu) i zwiedzaliśmy Alandy (4 lata temu). Ze wspólną pracą i znoszeniem się nawzajem nie mamy więc problemów, podobnie jak ze znajomością jachtu - prawie każdy z nas już go samodzielnie kiedyś prowadził. No ale właśnie, co to za jacht?
Wspaniały krążownik mórz, na którym się znajdujemy, nazywa się Nasz Dom i jest własnością Pana Wojciecha Fabińskiego (który notabene na swoim nowym jachcie - Polskim Haku - dopłynął właśnie na Spitsbergen). Człowiek ten 30 lat temu zamarzył sobie wraz z kolegami ze studiów, że zbuduje jacht i opłynie nim świat - i tak też się stało, w ciągu 3 lat kilkoro studentów architektury z Politechniki Warszawskiej okrążyło kulę ziemską. Potem przyszły inne obowiązki i Nasz Dom nie był aż tak mocno eksploatowany - aż do roku 2003, w którym to Pan Wojtek zdecydował się oddać go w opiekę Stowarzyszeniu Edukacja pod Żaglami. Od tego czasu zajmujemy się nim, remontujemy i pucujemy, a w sezonie organizujemy rejsy szkoleniowo-stażowe dla młodych ludzi. I może jeszcze kilka szczegółów technicznych - Nasz Dom to stalowy slup o długości około 10 metrów, na który zabiera się 6 osób. W tym roku dostał nowy silnik, więc jest bardzo szczęśliwy i nosi nas na grzbietach fal w pożądanym kierunku.
I ostatnia kwestia związana z naszą trasą - wystartowaliśmy tydzień temu z Trondheim, zmierzamy teraz na północ do Tromsø przez Lofoty, a później będziemy spływać w dół. 3 września w Bergen oddajemy jacht następnej załodze.
I po tym właśnie przydługim wstępie, pora do opowiedzenia kilku słów na temat tego, co nas spotkało ostatnio. Jeśli chodzi o jakieś specjalne atrakcje zapierające dech w piersiach, to na razie takich nie uświadczyliśmy - kilka małych marinek dla zaznania snu, Rørvik dla zrobienia zakupów i zabrania paliwa (najdroższego chyba w Europie) i krótki, aczkolwiek bardzo przyjemny spacer po pierwotnie wikinskiej (wikindzej? Wikingowej? No właśnie, jest z tym problem) wyspie Leka. Mimo wszystko trzeba jednak przyznać, że widoki są czasem bardzo monumentalne i przytłaczające - zgodnie stwierdziliśmy, że nic dziwnego że to tutaj narodziły się trolle, bo skąpane w chmurach wzgórza rzeczywiście wyglądają na uśpione potwory. Na razie bardziej nastawiamy się na przyszłość, bo nasza lista rzeczy "konieczniedozobaczenia" jest już dość długa - a na niej m.in. lodowiec Svartisen, wieloryby na szelfie kontynentalnym i klasztor cystersów na Lofotach).
Natomiast jeśli chodzi o luźne impresje z płynięcia, to jest ich kilka. Dzisiaj najbardziej na myśl przychodzą mi dźwięki. Z jednej strony znienawidzone - bo obijająca się o drzwi łazienki bela suszonej kiełbasy długo uniemożliwiała mi sen, zanim przemogłem się do wyrwania się z ciepłego śpiworowego kokona. Z drugiej jednak te, za którymi tak się tęskni i na które czeka. Cichy szum fal opływających dziób kiedy zamykamy oczy, żeby odpocząć po wachcie. Znajome poszumywanie UKF-ki. Radosny terkot kabestanów. Wszystko to składa się na radosną symfonię, która uświadamia nam w jak bardzo innym, ale jak bardzo swoim miejscu jesteśmy.
Drugie spostrzeżenie musi oczywiście dotyczyć jedzenia. Jurek złapał wczoraj na swoją, bądź co bądź mizerną, wędkę ponad półmetrową makrelę! Przyrządzona na patelni po chińsku była niemal perfekcyjna. Swoją drogą, z tymi połowami jest tu rzeczywiście niesamowicie. Często słyszy się historie, że "tam to wystarczy kij ze sznurkiem zanurzyć, i już ryba". Zawsze podchodziłem do nich sceptycznie, ale teraz mówię POWAŻNIE i BEZ PRZESADY - płynąc kilka dni temu przez płytki przesmyk złowiliśmy na dwie żyłki (każda z pięcioma haczykami) 7 ryb w ciągu 5 minut! Brzmi całkiem niebywale, ale tak jest naprawdę. Więc czuję, że powoli będą nam się kończyć pomysły na przyrządzanie ich - jeśli ktoś ma jakieś sprawdzone i smaczne przepisy, czekamy!
No i w końcu odnosząc się do komentarza pod poprzednią relacją, białych dni już niestety nie uświadczymy. Ciemność jest kalendarzowo coraz dłuższa, ale walczymy z tym prąc na północ. W tej chwili stan kiedy słońce chowa się za horyzont (bo oczywiście nocą nie można tego nazwać) trwa od mniej więcej 2330 do 0300 - i tak jest więc całkiem nieźle.
No i byłbym zapomniał - silnik. Po nocnym szusowaniu z prędkością 6 węzłów na grocie i kliwrze, około 0300 wiatr siadł. Po zrzuceniu żagli okazało się jednak, że silnik nie ma ochoty współpracować - rozładował się akumulator rozruchowy. Szczęściem w nieszczęściu okazało się to, że akurat nieopodal mieliśmy duży port (w którym właśnie stoimy), a wiatr miał idealny kierunek i siłę do wejścia na żaglach. Z gracją wpasowaliśmy się więc w Y-bomy, podładowaliśmy akumulator, z sukcesem odpaliliśmy silnik i poszliśmy spać (oprócz autora, bo trzeba pisać :]). Rano, po naładowaniu, spróbujemy poszukać fachowca który powie nam, dokąd uciekł nasz prąd. Tak więc pozdrawiamy wszystkich mocno i do usłyszenia za kilka dni, pewnie już z Lofotów!
Czwartek i załoga Naszego Domu
PS zdjęcie niestety nie jest aktualne tegorejsowe, ale jak tylko przegramy zdjęcia to na pewno je tutaj znajdziecie.








