Maciej Szost, wiceprezes Polskiego Związku Żeglarskiego ds. Sportu, żeglarz, działacz, entuzjasta, zawodowo kontroler ruchu lotniczego, odpowiada na pytania Darka Urbanowicza.
Dariusz Urbanowicz: Czy można postawić wspólny mianownik między żeglugą jachtową a żeglugą powietrzną?
Maciej Szost: Najprostsze skojarzenie, że i to statek, i to statek. A mówiąc poważnie, to na pewno lotnictwo z żeglarstwem łączy wspólna aerodynamika. Jednak praca kontrolera ruchu lotniczego jest niezwykle stresogenna. Pracuje się pod ogromnym obciążeniem i odpowiedzialnością. Na dobrą sprawę również żeglarstwo jest bardzo stresowym sportem. W regatach też głowy są bardzo gorące. To samo w mojej pracy. Trzeba mieć silne nerwy.
Czyli można powiedzieć, że żeglarstwo jest swoistą ucieczką z jednego stresu w drugi?
Na pewno tak. Bo wszystko trzeba umieć odpowiednio odreagować. Znaleźć sobie miejsce, gdzie można się odizolować, zostać sam na sam ze swoją pasją. Lubię to, co robię i robię to, co lubię. Kocham to środowisko, atmosferę okołożeglarską. Przez całe życie żeglowałem, choć miałem 15 lat przerwy – poświęciłem ten czas rodzinie.
A co się działo po przerwie?
W załodze Andrzeja Czapskiego zdobyłem złoty i srebrny medal mistrzostw Polski w klasie Skipi 650. Do tego zdobyłem wicemistrzostwo kraju w klasie Micro. Działałem w stołecznej Spójni, ale ze spraw klubowych powoli będę się wycofywał. Teraz, po objęciu tak ważnego stanowiska w strukturach sportu żeglarskiego, wiem, że tych spraw nie da się połączyć. Pracuję przecież zawodowo. Uczę adeptów zawodu kontrolera ruchu lotniczego. Po prostu nie mam tyle czasu. Doba jest za krótka, niestety nie jest z gumy i nie da się jej rozciągnąć. Praca na rzecz PZŻ pochłania wiele czasu i aby moje działania miały ręce i nogi, mniej pracować nie mogę. Trzeba się poświęcić.
Czyli o czynnym żeglarstwie też mowy być nie może…
Już kilka sezonów temu nie żegluję regatowo. To bardzo drogi sport, a w polskich realiach ściganie się o uścisk ręki prezesa wymaga ogromnego zacięcia i odpowiednio grubego portfela. Dlatego poświęciłem się pracy w Spójni Warszawa, a teraz na Chocimskiej.
Macieju, swój urząd piastujesz od dwóch miesięcy. Czy Twoje wyobrażenia na temat kondycji polskiego sportu żeglarskiego zostały mocno zweryfikowane przez rzeczywistość?
Patrząc się z punktu widzenia osoby, która ma już pewien pogląd i wizję na działanie, w sposób świadomy pozostanę tutaj. Nie było zdziwienia. W pełni zdawałem sobie sprawę jak dużo rzeczy jest do zrobienia. Próbuję małymi krokami ogarniać to, co wymaga naprawy. Mam nadzieję, że wkrótce zobaczymy efekty działań po mojej myśli dla dobra polskiego sportu.
Hasło Polish Sailing Team padło z ust prezesa Wiesława Karczmarka jako cel na kampanię olimpijską Londyn 2012. Dlaczego ta sprawa jest tak istotna?
Polish Sailing Team to bardzo ważna sprawa bez wątpienia. Wszystkie porządne reprezentacje tak funkcjonują. Od tego modelu nie ma odwrotu. Ze względów gospodarczych czas na rozpoczęcie takich działań jest bardzo trudny. Naszym celem jest uporządkowanie współpracy PZŻ i naszych żeglarzy z mediami. Wyjaśnienia wymagają kwestie zobowiązań sponsorskich poszczególnych zawodników, tak aby nie powstawała kolizja z interesem Polish Sailing Team. Chodzi o to, abyśmy po prostu byli razem, działali jako grupa zorganizowana, której przyświeca jeden cel: medale igrzysk olimpijskich.
Na czym polegają obecne działania?
W tej chwili rozmawiamy z grupą, która zajmie się opieką medialną. Jesteśmy w trakcie negocjacji umowy.
Czy powstanie Polish Sailing Team, nie będzie nadaniem szyldu, który niczego nie wniesie? Co ma to zmienić od strony sportowej?
Chcemy doprowadzić do sytuacji, kiedy kadra jest zespołem bez waśni między klasami, niezdrowej rywalizacji. Mamy działać jako całość, jak rodzina. Aby było wiadomo, że nikomu się nie zabiera, by dać komuś innemu. Przyświecać ma nam wspólny cel, więc nie możemy mieć rozbieżności interesów.
Monitorowałeś występ polskich żeglarzy podczas Pucharu Świata w Hyeres. Pierwsze wnioski?
Ciężko powiedzieć, czy poznałem wszystkie problemy zawodników w tym czasie. Na pewno mam już pewien obraz, ale on będzie się kształtował na bieżąco. Pamiętajmy, że to rok poolimpijski, więc duża część tych najlepszych zawodników musiała wziąć trochę wolnego po igrzyskach. Stąd też być może niezbyt rewelacyjne wyniki. Wierzę, że jak żeglarze wejdą w odpowiedni rytm, wyniki pojawią się automatycznie.
Czterech deskarzy w wyścigach medalowych, to faktycznie niezbyt korzystny wynik ostatniego Pucharu Świata.
Oprócz tej czwórki dobrze zaprezentował się Patryk Piasecki z Marcinem Mickiewiczem. To początki tej załogi, a potrafią nawiązać walkę na równi z czołówką. Kasia Szotyńska żeglowała dobrze, choć czegoś zabrakło. Duży postęp zrobiła Kasia Tylińska. To była naprawdę fajna żegluga w jej wykonaniu. Poniżej oczekiwań wypadli finniści zarówno w Hyeres, jak i wcześniej na Majorce. Ich stać na pływanie w czołowej dziesiątce. Na pewno trzeba u nich poprawić wiele aspektów. W klasie 49er po półtorarocznej przerwie pojawili się Tomasz Stańczyk i Paweł Kuźmicki. Wyniki niezłe, choć bez fajerwerków. Druga załoga ze sternikiem Łukaszem Przybytkiem i doświadczonym załogantem Krzyśkiem Kierkowskim pływa na miarę oczekiwań, a może nawet lepiej. Karol Porożyński od zawsze nie miał szczęścia do akwenu w Hyeres, do tego nałożyły się czarne flagi. Bardzo dobry początek miał Jonasz Stelmaszyk i całe regaty w jego wykonaniu trzeba zaliczyć do udanych. Pozostali laserzyści to młode wilki – dobry materiał na zawodników na światowym poziomie. Roboty czeka nas dużo, jak widać…
11 maja w Tczewie odbyła się inauguracja jubileuszu 85-lecia Polskiego Związku Żeglarskiego.
Obchody rozpoczęły się od przestawienia rysu historycznego. Przemówił także prezes Karczmarek, a potem odbył się normalny zjazd zarządu PZŻ.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Dariusz Urbanowicz

