Atlanta, Sydney, Ateny, Pekin... Londyn 2012
Napisałem już setki felietonów, artykułów, raportów i dzienników pokładowych, a teraz przyszedł czas na prowadzenie bloga. Piszę w nim o tym co było kiedyś, co jest teraz i będzie w przyszłości. Miłej lektury.
Pozdrawiam, Mateusz
Konkurs olimpijski Marinepool - podsumowanie
27 gru 2011 22:34, 0 komentarzy
WYMARZONY REJS. WYMARZONY REJS? WYMARZONY REJS!
Uff… wszystko dopięte na ostatni guzik. Odsapnąłem ciężko, ocierając pot z czoła po dopchnięciu kolanem ekwipunku w moim super olbrzymim podróżnym plecaku. Jutro skoro świt wypływamy, a póki co za chwilę wsiadamy do samolotu, gdyż czeka nas ładnych paręnaście godzin lotu do Singapuru. A potem rejs życia – póki co trasa z Półwyspu Malajskiego, przez równik, na Borneo. Od podstawówki z Wojtkiem o nim marzyliśmy. A teraz właśnie te marzenia mają się urzeczywistnić… Jeszcze tylko wrzucę do podręcznej torby mój „dziennik pokładowy” – czyli niezastąpiony zielony notes i… apteczkę, z której podkpiwał sobie wczoraj mój przyjaciel podróży, że niby tak jak jego ciotka Mania, czy coś w tym stylu – ale co tam. Ruszamy!
DZIENNIK POKŁADOWY
10 grudnia 2011r.
Pierwszy raz w życiu widziałem wschód słońca, a co dopiero na morzu. W jednej chwili świetlisty blask opromienił niebo i wodę. Dookoła błogi spokój. W powietrzu zapach morskiej bryzy –wolność i błogostan, można naprawdę (nie tylko w przenośni) oddychać pełną piersią.
11 grudnia
Dzisiaj przepłynęliśmy równik – dziwne i niesamowite uczucie! Prastarym zwyczajem urządziliśmy sobie morski chrzest. Wojtek zanurkował i wyciągnął z morza jakieś zielsko, po czym oświadczył z błyskiem w oku, że to są takie specjalne wodorosty, które zawierają barwnik w morskim kolorze i że będziemy wyglądać nieziemsko! No i słowa te wypowiedziane tryumfalnie przez mojego kompana okazały się rzeczywiście prorocze… . Póki co , wysmarowaliśmy sobie sokiem z ziółka twarze, a potem, raz się przecież żyje, całe ciało - od stóp, przez itp. oraz itd. … . Na początku było fajnie, robiliśmy sobie zdjęcia i wrzeszczeliśmy do upadłego. W pewny jednak momencie coś zaczęło nas swędzieć, a potem to już całkiem regularnie piec, a nawet – wow (!) –parzyć. Po szybkim zmyciu makijażu wyglądaliśmy jak świeżo oskubane z piór kurczaki. Moja apteczka ratuje nam życie po raz pierwszy.
12 grudnia
Rzeczywiście pogoda na morzu bywa zmienna. Mniej więcej koło południa na lazurowo błękitnym niebie pojawił się niewinny mały „cumulusik”, potem drugi, trzeci… Gdzieś w porze domowego obiadu połączyły się w całość i ściemniały tworząc całkiem pokaźny cumulonimbus ( znam się na tym , chmury to mój konik), ale zanim zacząłem pomyśleć, że może być groźnie, pierwsza kropla spadła mi na nos, a całkiem niedaleko naszej łódki wbił się w wodę pokaźny piorun..i zaczęło się. Łódź co chwila przechylała się z prawa na lewo, a my uczepieni kurczowo lin, dzielnie – drąc się w niebogłosy (z resztą chyba tylko tam nas słyszano) - stawialiśmy czoła żywiołowi.
13 grudnia
Dookoła tylko nasza łódź i morze, po szaleństwie minionego dnia niewinnie szafirowe i tak spokojne, że właściwie tylko dryfujemy i suszymy się. Licząc straty zgodnie przyznajemy, że te sztormiaki, które doradził nam na facebooku. Mateusz są naprawdę świetne – wygodne, super dopasowują się do ciała, nie przemakają, w sam raz do walki z wodnym żywiołem. Wiedział co mówi, przecież w końcu przetestował je osobiście.
14 grudnia
Wyspa Lingga jest bajkowo kolorowa. Spędziliśmy na niej kilka godzin. Wojtek zapalony przecież przyrodnik tradycyjnie buszował w zielsku równikowym niczym buszmen, a potem na dobre przykleił się do kamery i zaczął uwieczniać dla potomnych i zwykłych znajomych tutejszą bardzo bogatą faunę i florę oraz tubylców (na szczęście spokojnych i gościnnych wegetarianów). Ostrzegałem, z czystej przyjaźni, bez podtekstów, aby zbytnio nie kosztował wszystkich (dość zresztą podejrzanych) specjałów, ale Wojtek, tylko na mnie spoglądał, tak jak to robił wtedy, gdy chciał zapytać po swojemu: - Co zazdrościsz, czy może pękasz?
15 grudnia
Na skutki łakomstwa nie trzeba było długo czekać. Cały czas łódź była na mojej głowie, czy raczej w moich rękach i nogach, których już zresztą nie czuję. Wojtek spędził dzisiejszy dzień na karmieniu rybek i nie tylko…. Moja apteczka okazała się niezbędna po raz drugi.
16 grudnia
Pierwszy raz w życiu zanurkowałem w krystalicznie czystym i ciepłym morzu. Podwodny świat wyglądał jak tajemniczy ogród – kolorowe ryby, koralowce, tudzież inne mniej znane stwory… bajka!
17 grudnia
Dzisiaj koło naszej łódeczki – łupinki ( jak stwierdziliśmy) prześliznęło się cielsko wieloryba. Poczuliśmy wielką pokorę wobec tego „ogromu” morskiej fauny. Wbrew obawom nie zwrócił na nas szczególnej uwagi swoim ogromniastym okiem, a i my nie specjalnie przepychaliśmy się, żeby go pogłaskać.
18 grudnia
Zbliżamy się do kresu podróży. Na horyzoncie zarysował się całkiem wyraźnie stały ląd, a raczej olbrzymia wyspa Borneo. Mój pomysłowy kolega (czego nie można o nim nie powiedzieć) , z samego rana wyskoczył z propozycją nie do odrzucenia, że przed zejściem na ląd warto by było złowić kilka rybek. Tłumaczyłem mu, że tu prawie przy brzegu nie bardzo ma to sens, ale gdzie tam. Przez cały dzień moczył kij w wodzie i nawet zarzucił sieć. Owszem wyłowił fragmenty jakiegoś starego koła ratunkowego i pokaźny worek foliowy, a w sieci znalazł garść swoich ulubionych wodorostów. Obiadu jednak z tego nie było.
19 grudnia ( Gdzie jest mój dziennik pokładowy ?!)
Dobiega końca nasz rejs. Za chwilę zacumujemy w porcie, a ja nie mogę znaleźć swojego dziennika pokładowego ! Gdzieś się zapodział i tyle. Wojtka nie podejrzewam, gdyż od rana jest bez kontaktu, a właściwie w kontakcie wzrokowym - lornetka-wyspa i nic do niego nie dociera. O, jest! W kącie pod koją, zaraz go wyciągnę i dokończę notatki. Oj! Moja głowa! Namierzam ręką pokaźny guz! Czyżby apteczka po raz trzeci? Łódź zaczyna wirować! Robi się ciemno! Jakieś gwiazdy? Zdążyłem tylko złapać notes i przycisnąć go kurczowo do piersi. Przez chwilę jestem zdezorientowany, mam zamknięte oczy, otwieram je… . Gdzie łódź? Gdzie morze? Gdzie Wojtek?
Jestem w swoim pokoju, a właściwie leżę skulony jak pies pod swoim łóżkiem, zawinięty w zmięte prześcieradło i przyciskam kurczowo do piersi moją wysłużoną książkę do geografii z zagiętym rogiem na temacie: „Ocean Spokojny”. No tak, wczoraj do późna wkuwałem geografię, którą przecież zdaję na maturze i chyba padając w poduszkę z nadmiaru wiedzy zjechałem z łóżka, dopuszczam też inne wersje wydarzeń.
Ale w ten rejs i tak się z Wojtkiem wybierzemy! Przecież najbardziej „wymarzone marzenia” się spełniają.?!
